opis

skpt.warszawa@gmail.com

Kartka z Kalendarza

Kartka z kalendarza

Chcąc sobie zaskarbić życzliwość mieszczan nowego miasta królewskiego, jakim stała się przyłączona do Polski wraz z Mazowszem Warszawa, Zygmunt Stary wydał przywilej o nie akceptowaniu Żydów na terenie miasta (Privilegium de non tolerandis Judaeis). Zgodnie z jego treścią społeczność żydowska miała po wsze czasy zakaz osiedlania się w granicach miasta. Przeważały bardziej względy ekonomiczne niż religijne. Żydowscy rzemieślnicy, nie zrzeszeni w cechach, stanowili niekontrolowaną konkurencję dla mistrzów cechowych, a kupcy chrześcijańscy pragnęli pozbyć się konkurencji kupców żydowskich. Oskarżenia przedstawiane królowi były jednak przyziemne – złodziejstwo, szkodnictwo, wrogość wobec chrześcijan etc. Żydzi z miasta się wynieśli, po prawdzie, niezbyt daleko, ale jednak. Wprawdzie kolejni władcy przywilej potwierdzali, ale z czasem okazało się, że Żydzi są potrzebni, zwłaszcza podczas dużych zjazdów szlachty podczas sejmów. Przywilej nadal obowiązywał, ale dopuszczano pobyt żydowskich kupców i rzemieślników na terenie miasta podczas obrad sejmowych. Zdarzało się, że przymykano oko na ich obecność między sejmami. Wprawdzie Warszawa od czasów Zygmunta Starego nieco się rozrosła, ale jej rozwój hamowało otaczające ją dwadzieścia sześć prywatnych miasteczek zwanych jurydykami. Wprawdzie Żydzi nie powinni również osiedlać się w jurydykach, ale prawo działało na tyle powoli, że stawało się nieskuteczne. Tym bardziej, że obecność starozakonnych była na rękę właścicielom miasteczek – przynosili dochód tym, którzy użyczyli im miejsca zamieszkania. Jednym z takich miasteczek była długa i wąska jurydyka Bożydar-Kałęczyn, rozciągająca się mniej więcej, że przyjmiemy współczesne punkty orientacyjne, od początku wiaduktu Mostu Poniatowskiego, do Placu Zawiszy. Należała wówczas do Augusta Sułkowskiego. Tenże August Sułkowski zdecydował się wydać zgodę na utworzenie na terenie miasteczka żydowskiej osady o nazwie Nowa

W 1909 roku, Arnold Szyfman, dwudziestosiedmioletni doktor filozofii bez grosza przy duszy, wpadł na pomysł biznesu. Chciał otworzyć pierwszy w Warszawie prywatny teatr. Biznes ten, jak to wszystkie projekty kulturalne, nie był postrzegany jako kura znosząca złote jaja, szczególnie w momencie, w którym teatry rządowe przynosiły straty. Szyfman jednak zawzięcie dążył do zrealizowania swojego planu. Zanim przyszło do rozpoczęcia budowy teatru, który miał stanąć przy ulicy Karasia (gdzie stoi do dzisiaj), Szyfman udał się w podróż po Europie. Celem tej podróży było przyjrzenie się temu jak na zachodzie budowane są nowoczesne teatry. Szyfman nie pojechał tam sam. Wziął ze sobą architekta, Czesława Przybylskiego, który później był odpowiedzialny za projekt i budowę teatru. Misja się powiodła. Jak pisała ówczesna prasa, Teatr Polski był „czymś przewrotowym w naszych stosunkach teatralnych”. Nowoczesny budynek był nowocześnie wyposażony: m.in. w zaawansowaną instalację elektryczną i obrotową scenę. Teatr Polski (bo taką nazwę dostała placówka) otwarto 29 stycznia 1913 roku. Pierwszym wystawianym spektaklem był "Irydion" na podstawie dramatu Zygmunta Krasińskiego. Szyfman nie deklarował jaki program będzie miał teatr. Chciał stać w kontrze do teatrów rządowych, mieć ciekawszy i żywszy repertuar, który będzie czerpał z dorobku klasycznego dramatu. Wkrótce Teatr Polski zyskał rangę pierwszej sceny w kraju. Do dziś tej rangi raczej nie utrzymał, chociaż dalej repertuar jest raczej klasyczny. Jednak recenzja teatralna nie leży w naszych kompetencjach, dlatego pozostawimy ten temat w tym właśnie miejscu. Ilustracja: architektura.info

Jeśli miałoby się wybrać okres w historii warszawskiej architektury, który nie wyróżniał się absolutnie niczym innowacyjnym, a charakteryzował się jedynie kopiowaniem tego, co już kiedyś wymyślono, druga połowa XIX w. miałaby spore szanse na pierwszą nagrodę. Był to - stety lub nie - również okres, gdy Warszawa przeżywała boom budowlany i kiedy powstało chyba najwięcej realizacji w miejscu, które dziś jest ścisłym śródmieściem. Pośród wielu spełniających się wtedy architektów, największy wpływ na wygląd Warszawy w tym czasie miał chyba Henryk Marconi. Ten włoskiego pochodzenia architekt spod swoich skrzydeł wypuszczał nie tylko rozmaitych swoich potomków i krewnych, ale i niespokrewnionych ze sobą uczniów. Jednym z nich był nasz dzisiejszy bohater, zmarły 21 stycznia 1899 roku Edward Cichocki. Co najmniej trzy jego projekty zostały wcielone w życie i do dziś zdobią (choć zdania na ten temat są podzielone) Warszawę. Jednym z nich jest wzniesiona przy Krakowskim Przedmieściu Resursa Obywatelska, utrzymana w stylu neobarokowym oraz neoromański kościół św. Augustyna przy Nowolipkach. Ciekawy jest trzeci projekt. Ponieważ Cichocki brał udział w remoncie Kolumny Zygmunta (tym, który polegał na wymianie jej trzonu), to drewno użyte przy remoncie wykorzystał do budowy kaplicy św. Wincentego a Paulo na cmentarzu Bródnowskim. Jedna z realizacji - wzniesiony wspólnie z Józefem Piusem Dziekońskim kościół na Koszykach - nie przetrwał wojny i został odbudowany w zupełnie innym stylu, więc on dziś ilustruje nasz wpis. Ciężko scharakteryzować twórczość Cichockiego. Jego dzieła, podobnie jak jemu współczesnych, charakteryzuje przede wszystkim konserwatywne podejście do architektury. Jak pisze M. Pszczółkowski (a ja się z nim zgadzam), cała architektura b. zaboru

"Ten kapłan, szerzący religię obywatelską i patriotyzm, uczący cnót publicznych nie z ambony, ale ze swych książek, które są jakby płomiennymi kazaniami, ten wysoki urzędnik, używający władzy i wpływów wyłącznie na podnoszenie dobrobytu i oświaty narodu, ten właściciel dóbr, rozdający je swoim poddanym; ten bogacz, uczęszczający na najtańsze miejsce do teatru, mieszkający w ubogich pokoikach i odziany tak nędznie, że strażnik komory pobił «radcę stanu» w przekonaniu, iż złapał w niedozwolonym miejscu włóczęgę; ten zacny człowiek, gorący patriota, wielki filantrop, spoczywający w śnie wiecznym pod skromnym pomniczkiem przy kościele na Bielanach jest w naszych dziejach postacią posągową, chociaż dotąd bez posągu." Być może część naszych Czytelników domyśliła się już o kim dziś piszemy przeczytawszy opis postaci autorstwa Aleksandra Świętochowskiego. Mowa o Stanisławie Staszicu, który 189 lat temu, 20 stycznia 1826 r. zmarł w Warszawie. Jak widać z przywołanego opisu tej postaci, Staszic łączył w sobie w harmonijny sposób sprzeczności. Z jednej strony był księdzem, który jednak był przez całe swoje życie antyklerykałem i deistą, o ile nawet nie ateistą. Z drugiej strony był naukowcem, pionierem polskiej geologii oraz twórcą wielkiego dzieła "O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski". Był też wspaniałym organizatorem tworząc Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze, które było czymś na kształt spółdzielni organizującej nie tylko życie gospodarcze, ale również kulturalne. Zmysł do interesów oraz szczęście na wiedeńskiej giełdzie dały Stanisławowi Staszicowi nie tylko niezależność finansową, ale i zamożność. Mógł dzięki temu czynnie zaangażować się w życie warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, którego był nie tylko prezesem, ale i dobrodziejem. W

Czy zdarzyło się Państwu krokiem dziarskim lub spacerowym przemierzać w poprzek plac Powstańców Warszawy? Zdarzają się jednak osoby, które takiej możliwości były lub są pozbawione. Na przykład Bolesław Prus po placu Powstańców przechadzać się nie mógł, bo za jego życia plac nosił nazwę placu Wareckiego, a gdyby zdecydował się na przemarsz środkiem placu Wareckiego, to od wyjścia nań powstrzymałaby go agorafobia, na którą cierpiał. Agorafobia czyli lęk przed otwartą przestrzenią. Agorafobia nie była jedyną dolegliwością pisarza. Będąc już w wieku słusznym, miał ponoć mawiać do przyjaciół: - Jeśli po śmierci ktoś zdecyduje się postawić mi pomnik, to niech ustawią mnie nisko, bo ja boje się wysokości. Bardzo możliwe, że tę prośbę Prusa usłyszała ponad sto pięćdziesiąt lat później Anna Kamieńska-Łapińska, gdy projektowała jego upamiętnienie. Pomnik, odsłonięty 15 stycznia 1977 roku przy Krakowskim Przedmieściu, pozbawiony jest wysokiego cokołu. Z pewnej odległości można odnieść wrażenie, że zamyślony Prus stoi bezpośrednio na ziemi. Projekt do realizacji wybierano w drodze konkursu. Zbiórkę materiałów wtórnych, potrzebnych do wykonania odlewu, prowadzono na antenie Polskiego Radia z wykorzystaniem popularnej audycji „Matysiakowie”. Odlew wykonała Spółdzielnia Brąz Dekoracyjny, czyli dawny zakład braci Łopieńskich. Pisarz z pomnika wygląda jakby tylko na chwilę zatrzymał się podczas swojego codziennego spaceru. W czasie swoich stałych wędrówek ulicami Warszawy (ale bez wychodzenia na środek placów) Prus zbierał materiały do swoich „Kronik cotygodniowych” drukowanych na łamach Kurjera Warszawskiego w latach 1875-1882 i 1883-1887. W tym miejscu, gdzie przerwę w spacerze zrobił pomnikowy Bolesław Prus, stała kamienica, w której mieściła się redakcja tej gazety. A gdzie pisarz pójdzie dalej? Może w kierunku kamienicy

14 stycznia 1936 roku w taksówce odwożącej go po zajęciach na Wydziale Architektury PW ataku serca dostał, i w jego konsekwencji przedwcześnie zmarł, Czesław Przybylski, jeden z wybitniejszych przedstawicieli architektury wczesnego dwudziestolecia międzywojennego. Wyedukowany na Politechnice Warszawskiej i na Zachodzie Przybylski był przedstawicielem nurtu, który przez historyków architektury określany jest jako monumentalny neoklasycyzm, czasem opatrywany jeszcze frazą "z elementami modernizmu". Reprezentował on nurt w myśl którego budynki miały być masywne, ale formowane w tradycyjny sposób, dość bogato dekorowane klasycystycznymi elementami (kolumny, pilastry, tympanony) przy jednoczesnym stosowaniu nowoczesnych rozwiązań konstrukcyjnych. Projektowane w ten sposób budynki były zwykle przeznaczane na siedziby instytucji państwowych czy kulturalnych (takich jak teatry). Architektura ta była bowiem nie tylko monumentalna, ale też dość konserwatywna, dalece bardziej niż projekty "monumentalnych funkcjonalistów", stylistyką nawiązujące raczej do bombastycznych realizacji włoskich czy niemieckich. Dlatego też wśród warszawskich realizacji Przybylskiego znajdziemy Kamienicę Banków Spółdzielczych przy Kopernika 30 (1910), Teatr Polski przy Karasia (1911), nieistniejące już Ministerstwo Spraw Wojskowych przy 6 sierpnia (1923), Państwowy Zakład Higieny przy Chocimskiej (1924), Pawilon Chemii PW (1929), "Dom Bez Kantów" (1933), Komendę Garnizonu Warszawskiego przy Karaszewskiego (1935). Jak widać w nich wszystkich możemy znaleźć cechy wspólne, wymienione powyżej. Paradoksalnie, Przybylskiemu pamięta się najbardziej ostatni, niezrealizowany do końca projekt - warszawski Dworzec Główny, rozpoczęty w roku 1936 już po śmierci architekta. Jest on zwiastunem czegoś, co w twórczości Przybylskiego z powodu śmierci nie nastąpiło, mianowicie przeorientowania się na architekturę funkcjonalistyczną. Na początku lat 30. Przybylski zawiesił nawet wykłady na WA PW aby "zobaczyć co się dzieje" i zmienić upodobania. Efektem był projekt

18 stycznia 1887 roku w Odessie urodził się chłopiec, który w przyszłości miał znacznie wpłynąć na kształt miasta, w którym zmarł - Warszawy. Tadeusz Tołwiński, gdy tylko uzyskał maturę, w 1905 roku rozpoczął studia architektoniczne w Karlsruhe, specjalizując się w dziedzinie urbanistyki. Ukończywszy studia i otrzymawszy uprawnienia architektoniczne w Instytucie Inżynierów Cywilnych w Petersburgu, Tołwiński rozpoczął pracę w Warszawie. Już dwa lata po przybyciu do naszego miasta stał się jednym z organizatorów Politechniki Warszawskiej, a w niej Wydziału Architektury. Tołwiński zaprojektował gmach Muzeum Narodowego w Warszawie, kilka koncepcji miast-ogrodów, między innymi Ząbek i Podkowy Leśnej, ale też budynek bardzo ważny dla autorki tego wpisu, czyli gmach Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego, dzisiaj Gimnazjum i Liceum tego samego imienia przy Myśliwieckiej 6. Stworzył plan regulacji Warszawy z 1916 roku, ale też współprojektował centralny punkt Żoliborza - plac Wilsona. Przez cały ten czas pracował również na Politechnice, gdzie całkiem szybko awansował. Już w 1920 roku został mianowany profesorem nadzwyczajnym, by w maju 1934 stać się profesorem zwyczajnym. Był również czynnym członkiem Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości w dziale konserwacji. Większość aktywności zawodowej Tołwińskiego przypada na czas przed Drugą Wojną Światową. W wieku 64 lat, 13 stycznia 1951 roku zmarł. Jest pochowany na Starych Powązkach. Ilustracja: Stowarzyszenie Polskich Architektów Krajobrazu

Od czasu do czasu ludziom zdarza się podjąć decyzję o legalizacji swojego związku. Jeśli już taką decyzję podejmą, zależy im, żeby ceremonia była wystawna. A gdy żeni się podkanclerzy koronny, nie może obejść się bez fajerwerków. 12 stycznia 1578 roku Jan Zamoyski wziął za żonę Krystynę Radziwiłłównę. Ślub odbył się w należącym do Anny Jagiellonki pałacu w, ówcześnie podwarszawskim, Jazdowie. W wypadku ślubu Jana Zamoyskiego nie można było spodziewać się skromnej uroczystości. Szczególnie pamiętając jakich Zamoyski miał pracodawców i przyjaciół. Wśród gości nie mogło zabraknąć króla, Stefana Batorego z małżonką, Anną Jagiellonką. Dlatego też, na życzenie pana młodego, Jan Kochanowski napisał dramat, który miał na celu uświetnić ten głośny ślub. Kochanowski świadomy listy gości postanowił wykorzystać obecność króla, żeby przekazać mu i wielu innym nobliwym postaciom zgromadzonym w sali Zamku Ujazdowskiego swoje zdanie odnoszące się do współczesnej polityki Królestwa. W czasie ślubu Zamoyskich miała miejsce prapremiera osadzonej w czasach antycznych sztuki „Odprawy posłów greckich”. Sztuka powstawała pod mecenatem i na zlecenie Zamoyskiego, a wystawiona po raz pierwszy została na kilka miesięcy przed sejmem, w czasie którego miało odbyć się głosowanie nad podatkami na wojnę z Rosją. Dlatego też przez długi czas badacze widzieli w „Odprawie…” ogromną ingerencję zleceniodawcy w polityczny wydźwięk tekstu dramatu. Jednak obecnie teza taka jest odrzucana, gdyż poglądy wyrażane w „Odprawie posłów greckich” w całości zgodne są z tymi, które reprezentował sam Kochanowski. Ilustracja: wikimedia.org

„Korzenie miasta” – tomy z tej serii należą do kanonu lektur varsavianistów. Ich autor, Jerzy Kasprzycki urodził się w roku 1930. Jako 19 latek rozpoczął współpracę z Życiem Warszawy. Przez ponad trzydzieści lat, od roku 1965, warszawiacy mogli obserwować, jak znika dawna Warszawa, czytając felietony opatrzone wspólnym tytułem „Pożegnania warszawskie”. „Warszawa jest tym niezwykłym miastem, w którym kawałek zmurszałego muru, secesyjna fasada, zardzewiała latarnia sprzed kilkudziesięciu zaledwie – lub: aż! – lat mają cenę zabytku. Najczęściej nie są to żadne dzieła sztuki ani pomniki architektury. Mówią jednak o ludziach, o czasach, o wydarzeniach. Skłaniają nas do przypomnień, porównań, refleksji, a często zadumy.” Tak brzmiał wstęp do jednego z trzech książkowych wydań „Pożegnań warszawskich ”. Jerzy Kasprzycki jest autorem również innych publikacji poświęconych Warszawie, ale chyba pracą życia okazało się pięć tomów serii „Korzenie miasta - Warszawskie pożegnania”. Wielokrotnie nagradzano go za działalność badawczą i publicystyczną: nagrodą m.st. Warszawy, nagrodą Towarzystwa Przyjaciół Warszawy czy nagrodą KLIO. Mało znanym epizodem z życia Kasprzyckiego jest współpraca z Polską Kroniką Filmową, dla której, w latach sześćdziesiątych, pisał komentarze. Pisał również scenariusze do filmów dokumentalnych, między innymi „Gdzieś w Warszawie”, „Dzień w Turoszowie”. W roku 1985 był konsultantem do spraw warszawskich filmu „Dziewczęta z Nowolipek”. Zmarł dokładnie 9 stycznia 2001 roku, w Warszawie, pochowany jest na cmentarzu w Pyrach.

We wrześniu pisaliśmy o śmierci Bogusława Leszczyńskiego w 1659 roku, a dzisiaj wspomnimy wydarzenie, dzięki któremu ten magnat z Wielkopolski na stałe zapisał się w historii Warszawy. Trzeba jednak wspomnieć, iż udział w nim miał również jego wuj, kasztelan gnieźnieński Jan Leszczyński. Obydwaj 8 stycznia 1648 r. na zakupionej od miasta Stara Warszawa podłużnej roli założyli prywatne miasto - jurydykę Leszno. Ród Leszczyńskich stanowił odbicie przemian, jakie zachodziły w tym czasie w Rzeczpospolitej. Z jednej strony mamy do czynienia z osobami uzyskującymi wysokie stanowiska w polskim episkopacie, z tytułem prymasa włącznie, jak Wacław Leszczyński, z drugiej zaś strony mamy "papieża kalwinów" - Rafała Leszczyńskiego. Jak już o tym pisaliśmy wcześniej, Bogusław Leszczyński ułatwiając sobie karierę polityczną zdecydował się na konwersję na katolicyzm, lecz nigdy nie zapomniał o swoich dawnych braciach. Ponieważ jurydyki były prywatnymi miastami, to ich właściciele ustalali, jakie prawa będą w nich obowiązywały. Leszczyńscy zadbali, aby w przeciwieństwie do Starej i Nowej Warszawy dysydenci mieli zapewnioną wolność wyznania. Spowodowało to szybki napływ na Leszno dużej ilości ewangelickich rzemieślników oraz rozwój protestanckiej wspólnoty. Jurydyka rozciągała się od okolic ulicy Żelaznej, aż do Pl. Bankowego, zaś jej nazwa zaczęła być identyfikowana z jej główną ulicą. Obecnie pokrywa się ona z Aleją "Solidarności". Pod numerem hipotecznym 722 znajdował się ratusz Leszna. Prezentowana (za wczorajidzis.blogspot.com) dziś rycina Zygmunta Vogla ukazuje ten właśnie budynek około roku 1785. Ratusz stracił w początku XIX wieku swoją wieżę, zaś najprawdopodobniej w początkach XX w. jego mury użyto przy budowie kamienicy, która nie przetrwała II wojny światowej.

Historia, o której dziś opowiemy, wcale nie musiała się wydarzyć 7 stycznia 1569. Co więcej, wcale nie musiała się wydarzyć. Ale jest malownicza. Otóż król Zygmunt August po śmierci swojej drugiej żony, Barbary Radziwiłłówny, popadł w melancholię i zaburzenia psychiczne. Kolejnej żony, Katarzyny, nie kochał, zdrowie mu bardzo nie dopisywało (zapewne zresztą wspomniane melancholia i zaburzenia wynikały z syfilisu, na który cierpiał), i z przekazów jemu współczesnych wynika, że zajmował się głównie wiedzą ezoteryczną i tego typu głupotami. No i tu dochodzimy do naszej legendy, czyli wywołania ducha Barbary Radziwiłłówny. W wersji "kanonicznej" ducha wywołał mistrz Twardowski na Wawelu w roku 1551. Ale istnieje również inna wersja wydarzeń. Podaje ją Jan Giza, mieszczanin warszawski, wg którego ducha wywołano 7 stycznia 1569 roku na Zamku w Warszawie, bez obecności Twardowskiego, a z "pomocą" czarownicy z Błonia, która wcześniej leczyła króla z różnych dolegliwości. Ponieważ miała wpływ na króla, z łatwością przyszło jej podsunąć Zygmuntowi Augustowi myśl o możliwości wywołania ducha Barbary; udzieliła też królowi wskazówek, co powinien czynić. Zaleciła więc post jednodniowy i podała parę zaklęć, które trzeba było wymówić o północy w komnacie oświetlonej jedną tylko świecą. Król postanowił dokonać inwokacji na Zamku w nocy z 7 na 8 stycznia 1569. 4 stycznia wszystko już było przygotowane. W pokoju innego królewskiego sługi, Grota, leżały suknie dokładnie skopiowane według tych, które nosiła królowa Barbara, nasmarowano zawiasy drzwi prowadzących do komnaty, w której miał się odbyć niesamowity obrzęd. Rolę Barbary miała odegrać jedna z zakonnic przebywająca u Panien Bernardynek, Barbara Giżanka, dawno już poinformowana o

O wydarzeniach ostatnich lat, zwłaszcza uwikłanych w politykę (a cóż dziś nie jest w nią zaplątane?!), nie jest łatwo pisać. Jednak z kronikarskiego obowiązku wspomnimy, że dokładnie siedem lat temu rozpoczął się najkrótszy pontyfikat biskupi w dziejach diecezji warszawskiej, trwający dokładnie jeden dzień. 5 stycznia 2007 roku o godz. 16:00 biskup płocki Stanisław Wielgus w pałacu Arcybiskupim (Borchów) objął kanonicznie archidiecezję warszawską. Natychmiast też złożył rezygnację z tego stanowiska, która została przyjęta przez Stolicę Apostolską z datą 6 stycznia. Informację tę ogłoszono w dniu planowanego ingresu do katedry warszawskiej, 7 stycznia. Jak do tego doszło? Wielgus został mianowany na stanowisko 6 grudnia 2006 roku. Niedługo potem "Gazeta Polska" opublikowała artykuł, w którym oskarżyła biskupa o współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Artykuł nie był bogaty w materiał dowodowy, jednak sprawa nabrała rozgłosu. Biskup zdecydowanie wszelkim oskarżeniom zaprzeczał, potwierdzając jedynie podpisanie standardowej lojalki przed wyjazdem zagranicznym. W obronie hierarchy stanęło wiele wpływowych osób, na czele z prymasem i senatem KUL, którego Wielgus był wieloletnim rektorem. Na początku stycznia sprawą zajęła się jednak Kościelna Komisja Historyczna, która sprawdziła "teczkę" biskupa w IPN. Jej oraz Rzecznika Praw Obywatelskich ustalenia były dla Stanisława Wielgusa niekorzystne - w świetle dokumentów w latach '70 był on świadomym współpracownikiem SB. W dniu objęcia archidiecezji bp Wielgus wyraził skruchę zarówno za zarzucane mu czyny, jak i wypieranie się ich w ostatnich dniach. Dlatego też, jak pisaliśmy wcześniej, złożył rezygnację z urzędu, Stolica Apostolska zaś mianowała go tytularnym arcybiskupem Viminacium, rzymskiego miasta w dzisiejszej Serbii. Hierarcha został zaś rezydentem przy diecezji lubelskiej. Do tej pory

Można powiedzieć, że się wyszło na swoim interesie jak Zabłocki na mydle. Jednak z tego niefortunnego biznesu znany jest Cyprian, urodzony równo czterdzieści lat później niż ten, który dzisiaj obchodziłby swoje dwieście siedemdziesiąte trzecie urodziny, gdyby tylko człowiek mógł takiego wieku dożyć. Mowa tu o Franciszku Zabłockim, postaci o wielu talentach, głównie związanych z pisaniem. Pisał komedie, wiersz, eseje, był tłumaczem. Należał również do loży masońskiej. Po upadku Rzeczypospolitej został księdzem (za młodu był jezuickim nowicjuszem). Zabłocki angażował się w działania Komisji Edukacji Narodowej. W czasie Sejmu Czteroletniego pisał satyry i pamflety na przeciwników reform. Był jawnym zwolennikiem Stronnictwa Patriotycznego i oczywiście stałym uczestnikiem Obiadów Czwartkowych. Kiedy okazało się, że ostatnią możliwą drogą do osiągnięcia sukcesu jest walka, wziął udział w powstaniu kościuszkowskim. Ale jego działalność była nie tylko działalnością polityczną. Włożył ogromny wysiłek w reformowanie i rozwój polskiego Teatru Narodowego. Napisał ponad 50 komedii w formie nawiązujących do dramaturgii francuskiej (co w tym okresie było rzeczą nagminną), ale w treści widać było dużo polskich problemów i polskiej obyczajowości. Za komedię "Zabobonnik", atakującą sarmatyzm i ciemnotę, został nagrodzony przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego medalem Merentibus. Inny jego dramat "Fircyk w zalotach" jest jedną z klasycznych komedii w polskiej dramaturgii. Ilustracja za wikimedia.org.

23 listopada 1927 roku padł najsłynniejszy koń II Rzeczypospolitej. Tak, w panegirycznym tonie, pisał "Kurier": "Przez trzynaście lat, od krwawych bojów Pierwszej Kadrowej pod Kielcami, służyła Komendantowi - wtedy, gdy był On Szarym Brygadierem, a potem, gdy po zwycięskim pochodzie na Kijów i pokonaniu wroga u wrót stolicy przyjmował hołd Narodu. Jak siwy koń Czarnieckiego, jak bułanek księcia Józefa, jak biały koń Napoleona - Kasztanka była ulubionym koniem Komendanta." Piłsudski otrzymał konia od małopolskiego ziemianina Ludwika Popiela, kiedy to, 9 sierpnia 1914 roku, legioniści maszerowali przez jego majątek. Kasztanka była koniem dość lękliwym i humorzastym, jednak wielkiej urody, stąd szybko stała się ulubienicą Komendanta i jego podkomendnych. Towarzyszyła Piłsudskiemu na całym szlaku bojowym Legionów. Po I wojnie światowej Kasztanką zaopiekował się 7. Pułk Ułanów Lubelskich z Mińska Mazowieckiego. To stąd koń przyjeżdżał do Sulejówka, gdzie Piłsudski zamieszkał po wycofaniu się z życia publicznego. Bywała na przykład na hucznie obchodzonych imieninach marszałka, przywożono ją również, gdy w Milusinie gościły jego córki. Po przewrocie majowym Kasztanka znów została koniem stanu. To z jej grzbietu Piłsudski odbierał listopadowe defilady. Po paradzie 11 listopada 1927 roku Wojciech Kossak namalował słynny portret konny marszałka. I właśnie powrót z uroczystości był przyczyną nieszczęścia. Klacz została, jak zwykle, zapakowana do pociągu i odesłana do Mińska. Jednak tym razem, zapewne przez zaniedbanie, pozostawiono ją bez opieki. Podczas jazdy koń musiał spanikować i upaść. Z pociągu wyciągnięto ją w bardzo złym stanie. Po dwóch dniach, w koszarach pułku, mimo wysiłków lekarzy, padła wskutek "poważnego urazu wewnętrznego". Dowódca pułku, ppłk Piasecki zyskał sobie dozgonną wrogość

21 listopada 1945 r. wszedł w życie tzw. „dekret warszawski” albo „dekret Bieruta”, przepis, który doprowadził do niesamowitego bałaganu prawnego, którego skutki Warszawa będzie odczuwać jeszcze długo. A o co w tym wszystkim chodziło? Musimy cofnąć się do początku 1945 r. Agonia miasta stała się okazją do jego urbanistycznego uporządkowania − wyznaczenia szerokich ulic i skwerów oraz budowy nowych osiedli, z której zdawali sobie sprawę architekci i planiści. Jednakże Warszawa posiadała przed wojną bardzo mało własnych gruntów. Jak regulować sprawy z właścicielami, z których spora grupa nie przeżyła wojny? Prowadzenie zwykłych postępowań sądowych czy administracyjnych zatrzymałoby odbudowę na wiele lat. Rozwiązanie przyniósł Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy z dn. 26 października 1945 r. opublikowany 21 listopada 1945 r., a ochrzczony później mianem dekretu warszawskiego. Zgodnie z jego zapisem właścicielem wszystkich gruntów w przedwojennych granicach Warszawy stała się gmina m. st. Warszawa. Jednocześnie dekret nie nacjonalizował budynków. Doszło do kuriozalnej sytuacji gdzie właścicielem gruntu i budynek, na którym on stoi stały się dwie zupełnie różne osoby. Dotychczasowym właścicielom oraz ich następcom prawnym pozostawiono możliwość ubiegania się o ustanowienie użytkowania wieczystego za „symboliczną opłatą”. Warto nadmienić, iż podobne rozwiązania stosowano również w innych krajach, celem przyśpieszenia odbudowy. Planiści zyskali niczym nieograniczoną możliwość budowy nowych osiedli jak np. Muranowa, czy wyznaczania nowych arterii nie patrząc na przedwojenną zabudowę. Ale jest też druga strona medalu. W okresie PRL-u nikt nie przejmował się zbyt mocno kwestią uregulowania kwestii wieczystoksięgowych, zaś postępowania administracyjne w kwestii uzyskania użytkowania wieczystego trwały w nieskończoność. Brak poszanowania

20 listopada tego roku przypada okrągła, 90. rocznica śmierci jednego z największych pisarzy przełomu XIX i XX wieku, prezydenta Rzeczpospolitej Zakopiańskiej oraz lokatora Zamku Królewskiego w Warszawie. Mowa oczywiście o Stefanie Żeromskim. Jego śmierć tak skomentował Władysław Reymont: „Dzisiaj umarł Żeromski, cios to dla mnie okrutny z wielu powodów. Umarł na serce. Był o parę lat starszy ode mnie, ale miał szaloną wolę życia i energię. Strata ta polskiej literatury niezastąpiona. Uwielbiałem Go jako genialnego pisarza. Naturalnie, ta nagła śmierć źle podziałała i na mój stan zdrowia. Teraz bowiem na mnie przychodzi kolej umierania.” Stefan Żeromski miał 61 lat w chwili śmierci, czyli całkiem niewiele jak na obecną długość życia. Pomimo tego już za życia, w odbudowanej Polsce stał się jednych z głównych autorytetów. Pochodził ze Świętokrzyskiego, ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Jako młodzieniec studiował w warszawskiej Szkole Weterynaryjnej. Trudna sytuacja materialna zmusiła pisarza do opuszczenia stolicy i podjęcia pracy w charakterze guwernera na dworach szlacheckich. W latach 1891-1894 Żeromski współpracował z czasopismem ,,Głos", w którym publikowano jego pierwsze utwory. W 1892 r. poślubił Oktawię z Radziwiłłowiczów Rodkiewiczową i wyjechał do Szwajcarii, gdzie pracował jako pomocnik bibliotekarza. Do Warszawy wrócił w 1896 roku. Pracował w Bibliotece Ordynacji Zamojskich. Dla ratowania zdrowia wyjechał w 1902 r. na kurację do Włoch. Leczył się również w Nałęczowie i Zakopanem. W latach 1909-1912 Żeromski przebywał we Francji. Po powrocie osiedlił się w Zakopanem. Kiedy I wojna światowa zmierzała ku końcowi został prezydentem efemerycznego państwa – Rzeczpospolitej Zakopiańskiej, które istniało niewiele ponad miesiąc w pod koniec 1918 r. Po

W galerii zasłużonych postaci związanych z Warszawą czas na przedstawiciela dość niszowej dziedziny nauki; wciąż jednak jego dzieła przeglądają zapewne tysiące Polaków w nadziei, że odnajdą swoje nazwisko. 19 listopada 1842 roku w Żydowie koło Pińczowa urodził się Adam Józef Feliks Boniecki-Fredro, znany raczej jako Adam Boniecki, polski prawnik i heraldyk. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Wcześnie stracił rodziców. Kształcił się w warszawskim Instytucie Szlacheckim. Następnie studiował prawo w Petersburgu, a po wybuchu powstania styczniowego - na Sorbonie, gdzie uzyskał dyplom. Powrócił do Warszawy i rozpoczął pracę w administracji publicznej: w Kancelarii Rady Stanu KP, a następnie w Trybunale Cywilnym. Wielkiej kariery nie zrobił; osiągnąwszy rangę sędziego-asesora podał się do dymisji. Osiadł w otrzymanym od wuja majątku Świdno koło Grójca i zajął się swoją pasją: heraldyką i genealogią. Wciąż był jednak aktywny w życiu publicznym, tak lokalnym, jak i warszawskim. Dziełem życia Bonieckiego był "Herbarz polski". Było to największe przedsięwzięcie polskiej heraldyki wszech czasów. Boniecki bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę, opierając się jedynie na źródłach pisanych. Wprawdzie dziś wiadomo, że nie jest wolne od błędów, jednak dzięki oparciu się na źródłach pierwotnych dziś już nieistniejących, jak np. metryki koronne czy księgi trybunalskie, praca jest bardzo cennym źródłem wtórnym. Boniecki doprowadził "Herbarz" tylko do XIII tomu, czyli mniej niż do połowy. Zmarł w Warszawie w roku 1909. Kolejne trzy tomu skompletował jeszcze jeden ze współpracowników Bonieckiego, Artur Reiski. Ilustracja z "Miesięcznika Heraldycznego" z zasobów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej.

17 listopada 1957 roku odbyła się uroczystość ponownego poświęcenia kościoła św. św. Piotra i Pawła na Koszykach. Nowy kościół, projektu Stanisława Marzyńskiego, architekta kojarzonego głównie z odbudową Warszawy z wojennych zniszczeń, budowany był przez ponad 10 lat i zastąpił doszczętnie zburzonego, pochodzącego z lat 80. XIX w., poprzednika. Sama historia kościoła wiąże się nierozerwalnie z historią miejsca, w którym stoi. W latach 80. XIX w. skromna kaplica św. Barbary nie wystarczała już wiernym z coraz mocniej rozwijającego się Śródmieścia. Podjęto zatem decyzję o budowie nowej świątyni, której architektem był rządowy architekt Cichocki. Ta przetrwała niemal do końca wojny. Obecny kościół niekiedy jest nazywany "jedynym socrealistycznym kościołem Warszawy". Być może legenda ta ma związek z latami jego odbudowy, rzeczywiście przypadające na dominację tego stylu w sztuce, nawet pobieżny rzut oka na świątynię każe wątpić w to sformułowanie. Bryła budynku, jak inne dzieła Marzyńskiego, jest modernistyczna i w widoczny sposób nawiązuje do sylwetki poprzednika, będąc jedynie nieco masywniejszą. Choć odniesienia do tradycyjnej architektury są zauważalne, to do gmachów MDM czy PKiN kościołowi daleko. Ilustracja za Wiki Commons

Przedwczoraj wspominaliśmy rocznicę wydarzenia ważnego dla rozwoju miasta, dzisiaj trochę w nawiązaniu do niej, warto wspomnieć postać Sokratesa Starynkiewicza. Jak wiąże się on z kanalizacją prawdopodobnie nie trzeba nikomu przypominać - w końcu to na jego wniosek Warszawa dostała system wodno-kanalizacyjny ze stacją filtrów na Koszykach. Sokrates Starynkiewicz urodził się w 1820 roku w Taganrogu w Imperium Rosyjskim. W armii rosyjskiej dosłużył się do stopnia generała i na własne życzenie odszedł z niej w 1863 roku. Niektórzy badacze doszukują się w tej zbieżności czasowej reakcję Starynkiewicza na krwawe tłumienie powstania styczniowego. Czy jest to prawda czy tylko przypadek? Trudno powiedzieć. Jakiś czas później, w 1875 roku, dokładnie 18 listopada, a więc dokładnie 140 lat temu, na wniosek generał-gubernatora warszawskiego Pawła Kotzebue został mianowany prezydentem Warszawy (żeby być całkowicie precyzyjnym: pełniącym obowiązki prezydenta). Jego prezydentura uznawana była i jest nadal za jedną z najlepszych, prawdopodobnie dzięki temu, że prowadził miejską politykę zupełnie odwrotnie niż wcześniejsi rosyjscy włodarze - zamiast używać kija dając marchewkę. Są badacze, którzy twierdzą, że prospołeczna polityka Starynkiewicza miała na celu przekonanie Polaków do Rosji, stanowiła "miękką rusyfikację", która jednak nie do końca się powiodła. Nawet jeśli podejmowane przez Starynkiewicza akcje miały dążyć do zbliżenia tych terenów do Imperium, nie można odmówić mu skuteczności i wspaniałomyślności. Nie tylko rozpoczęto budowę kanalizacji (nota bene, Warszawa stała się poligonem eksperymentalnym przed zaprowadzeniem tej nowinki technologicznej do stolicy), ale również wymieniono kilometry nawierzchni, w 1881 roku ruszył pierwszy tramwaj konny, budowano i przebijano nowe połączenia czy chociażby założono Park Ujazdowski. Starynkiewicz zasłynął również nieczęstą u

Nowoczesne miasto potrzebuje zbrojenia. Kanalizacja, instalacja gazowa czy elektryczna to podstawy. W Warszawie jedn z ważniejszych kroków w tak rozumianą nowoczesność można datować na rok 1852, kiedy to właśnie 16 listopada rozpoczęła się budowa wodociągu. Najbardziej charakterystycznym elementem warszawskiego wodociągu z połowy XIX wieku jest wodozbiór znajdujący się na wzniesieniu, tuż obok stawu, w Ogrodzie Saskim. Stylizowany na podrzymską świątynię Westy, budynek projektu Henryka Marconiego zawierał dwa zbiorniki, do których dostarczana była woda z Wisły za pomocą pomp i potem wodociągu umieszczonego pod ulicą Karową. W drugą stronę, z wodozbioru dostarczano wodę do miejskich fontann, hydrantów i innych ujęć. Znajdująca się w najbliższym sąsiedztwie sadzawka powstała w wyniku usypania wzniesienia, na którym umieszczono wodozbiór. Jednak już w latach 60-tych XIX wieku opróżniono ją, a na jej miejscu utworzono klomb z fontanną z rzeźbą dziecka trzymającego łabędzia za szyję, tę samą, którą można zobaczyć w Ogrodzie Saskim dzisiaj. Niewiele później, dzięki wprowadzeni nowej technologii, możliwe było ponowne otwarcie stawu. Zimą, zamarzająca tafla wykorzystywana była jako lodowisko, którego użytkownicy mogli oddawać się rozrywce w rytm muzyki orkiestrowej. Po wojnie, wodozbiór został odbudowany w niemal niezmienionej formie - pomijając kilka szczegółów. Obecnie znajduje się w nim zapas wody na wypadek pożaru utrzymywany na potrzeby Teatru Wielkiego. Ilustracją jest rycina Juliana Ceglińskiego ze zbiorów Cyfrowej Biblioteki Narodowej.

You don't have permission to register