opis

skpt.warszawa@gmail.com

Kartka z Kalendarza

Kartka z kalendarza

29 września Kościół zachodni, w szczególności katolicy, anglikanie i luteranie, obchodzi święto Archanioła Michała, jeden z ważniejszych dni w tradycyjnym kalendarzu liturgicznym. Dzień św. Michała kończył sezon prac na roli: kończono sianie oziminy i sprzątano pola. Gospodarze rozwiązywali umowy z pracownikami najemnymi, a stałej służbie obcinali racje żywieniowe. Płacono czynsze i niektóre podatki. Kurpie tego dnia przekazywali staroście należny królowi miód. Ewangelicy w niedzielę po św. Michale obchodzą zaś Dziękczynne Święto Żniw. Archanioł Michał był i jest patronem bardzo popularnym w każdej właściwie epoce. Patronował rytownikom, złotnikom, jubilerom, szlifierzom oraz - co najistotniejsze - żołnierzom. Jednak jako pogromca Szatana i znak zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią był uniwersalnym świętym, niosącym pociechę w trudnych sytuacjach. Nie może więc dziwić, że znajdziemy w Warszawie wiele śladów kultu Archanioła Michała, począwszy przynajmniej od początku XVIII w. Dużej klasy dziełem sztuki jest niewątpliwie ołtarz Archanioła Michała i Wszystkich Aniołów w Bazylice Św. Krzyża (na zdjęciu z albumu "Serce Miasta"). Trudny do atrybucji, będący dziełem artystów pomorskich (Johannes Söffrens?) i warszawskich (Jerzy Eleuter Szymonowicz- -Siemiginowski?), niesie bardzo ciekawą treść ikonograficzną. Na głównym obrazie archanioł pokonuje, na czele zastępów anielskich, Smoka-Szatana. Ten sam motyw powtórzony jest rzeźbiarsko w zwieńczeniu ołtarza. Obraz w drugiej kondygnacji przedstawia Anioła Stróża, opiekującego się dzieckiem. Tenże sam anioł pojawia się jako rzeźba w dolnej kondygnacji, wskazując prowadzonemu dziecku zwycięskiego archanioła. Dzieła dopełnia inny archanioł, Rafał, szczęśliwie, po niedawnych pracach konserwatorskich, przywrócony na właściwe miejsce. Imię Archanioła Michała nosi drewniany kościół w Grodzisku (dzielnica Białołęka), pochodzący z XVIII w., ale o historii sięgającej jeszcze XVI stulecia. Od

Dążenie do bycia wiecznie młodym nie jest rzeczą nową. Nie tylko dzisiejsze celebrytki starają się pokazać światu jako najmłodsze z młodych, a przy okazji utalentowane i doświadczone. Dziś pomaga botoks i liftingi. Kiedyś jednak było łatwiej. Wystarczyło pomajstrować przy dacie urodzenia, a przecież i tak nikt z bliska i zbyt często nie będzie się przyglądał. Z tego właśnie powodu dziś możemy świętować sto trzynaste urodziny Hanki Ordonówny. Jest to jedna z wielu prawdopodobnych dat. Niektórzy badacze twierdzą, że urodziła się dwa lata wcześniej, w 1900 roku, chociaż w ostatnim pozostałym po niej dokumencie widnieje rok 1905. Nie nam to jednak rozstrzygać. Hanka Ordonówna, właściwie Maria Anna Tyszkiewiczowa zd. Pietruszyńska, była jedną z najbardziej znanych polskich przedwojennych piosenkarek. Zadebiutowała jako baletnica w 1916 roku. Szybko jednak zauważyła, że lepiej potoczy się jej kariera, jeśli poświęci się śpiewaniu. Zaczynała w Lublinie, gdzie zyskała popularność śpiewając piosenki o tematyce żołnierskiej. Jednak już w 1919 roku teatr dla którego pracowała przestał istnieć, więc przeniosła się z powrotem do rodzinnej Warszawy. Od marca 1923 roku współpracowała z kabaretem Qui Pro Quo. Jednak bezgraniczną miłość publiczności zaskarbiła sobie wykonaniem piosenki "Miłość ci wszystko wybaczy". W czasie wojny początkowo przebywała w Warszawie. Tu też została aresztowana i uwięziona na Pawiaku, skąd została zwolniona dzięki staraniom męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza. Wtedy małżonkowie wyjechali do Wilna, gdzie później, po aneksji Litwy przez ZSRR, zostali aresztowana przez NKWD. Artystka została przewieziona do łagru w Uzbekistanie, zaś hrabiego wywieziono w głąb Rosji. Dzięki układowi Sikorski-Majski, Ordonówna została uwolniona. Początkowo założyła teatr w Tocku, potem zaś

Prawdopodobnie każdy miłośnik Warszawy zna kilka najbardziej klasycznych filmów z tym miastem w roli głównej. Wśród nich, niechybnie, znajdzie się miedzy innymi "Przygoda na Mariensztacie" - pierwszy powojenny, warszawski musical. Jak w każdym musicalu, w tym również, muzyka jest niezwykle istotna. Dziś więc, w sto dziewiętnastą rocznicę urodzin, słów kilka poświęcimy kompozytorowi - Tadeuszowi Sygietyńskiemu. Urodzony w Warszawie, całkiem szybko wyjechał do Lwowa do szkoły muzycznej. Z powodu nie najlepszej sytuacji materialnej, zmuszony został, już jako 14 latek, do udzielania korepetycji. Pracował wtedy z chórami Konserwatorium i Opery Lwowskiej. W 1911 roku wrócił do Warszawy. Jako kompozytor zadebiutował dwa lata później Kantatą na 100. rocznicę śmierci Księcia Józefa Poniatowskiego. Studiował na wielu zachodnich uniwersytetach. Nie tylko muzykę, ale również etnografię i medycynę. Lata dwudzieste upłynęły Sygietyńskiemu na podróżach po Bałkanach i pracy nad chórami i filharmoniami, z których część sam założył. Etnograficzne wykształcenie pozwoliło mu na pracę z tekstami ludowymi, do których wielu skomponował melodie, znane nam do dzisiaj. Ale to również dzięki tej wiedzy, mógł w latach pięćdziesiątych założyć jeden z najbardziej znanych polskich zespołów folklorystycznych, czyli Zespół Pieśni i Tańca "Mazowsze", którego dyrektorem był do śmierci, czyli do 1955 roku

22 września 1882 roku zmarł w Warszawie ks. Leopold Marcin von Otto, luterański duchowny i działacz narodowy, który wywarł wielki wpływ na tożsamość narodową warszawskich i cieszyńskich ewangelików. Urodził się w Warszawie w 1819 roku, w rodzinie o korzeniach francuskich (hugenockich), która do Polski przybyła z Saksonii za czasów Augusta II. Tu spolonizowała się i otrzymała indygenat. Leopold był synem Jakuba, oficera kawalerii, uczestnika insurekcji kościuszkowskiej. Leopold Otto ukończył gimnazjum w 1839 roku, po czym studiował ekonomię w Dorpacie (Tartu) i teologię w Berlinie. Po powrocie do Królestwa objął stanowisko proboszcza w Piotrkowie Trybunalskim, a następnie II proboszcza parafii warszawskiej. Był duchownym zaangażowanym społecznie, organizował przedsięwzięcia charytatywne, ale przede wszystkim starał się wzmocnić pozycję języka polskiego w życiu warszawskiego zboru. W 1849 roku zaczęto po polsku prowadzić protokoły zgromadzeń parafialnych. W 1860 wprowadzono polskie nabożeństwa wielkopiątkowe. W 1861 roku posunięto się dalej i zrównano nabożeństwa główne - był to jeden z kroków, który postawił Otto w otwartym konflikcie z władzami publicznymi i kościelnymi. Tu warto przypomnieć, że Otto zajmował przez cały ten okres jedynie stanowisko II proboszcza, a I proboszcz, a zarazem superintendent generalny Królestwa Polskiego, Juliusz Ludwig był zdecydowanie lojalny wobec władz i przeciwny polonizacji zboru. Działalność publiczna Otto była również jednoznacznie propolska. Brał udział w pogrzebie "pięciu poległych". Był członkiem Dyrekcji Konstablów, ochotniczej straży obywatelskiej, a następnie członkiem Rady Miejskiej. Organizował w kościele Św. Trójcy nabożeństwa patriotyczne, a po brutalnej pacyfikacji nabożeństw w katedrze i kościele św. Anny dołączył do akcji zamykania warszawskich świątyń. Został aresztowany 27 października 1861 roku i

Dnia 21 września 1845 we francuskim Passy w wieku zaledwie 47 lat zmarła na raka piersi Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, znana wielu warszawiakom i nie tylko przede wszystkim jako patronka najstarszego, i jednego z lepszych, stołecznych liceów ogólnokształcących. Hoffmanowa była z wykształcenia humanistką, specjalizującą się w historii, literaturze i językach, pracowała jako pedagog, wizytator i "eforka" - nazdzorczyni czy kierowniczka dwóch szkół żeńskich w Warszawie. Jednocześnie parała się działalnością literacką, również mocno pedagogizującą. Miała ambicję stworzenia kanonu literatury dziecięcej. Przytaczanie dorobku Hoffmanowej zajęłoby kilka dobrych przewinięć ekranu, dość powiedzieć tylko, że wśród jej dzieł znajdziemy powiastki dla dzieci, moralitety, powieści historyczne, krótkie dramaty i artykuły do gazet. Literaturą i działalnością społeczną zajmowała się Hoffmanowa również po powstaniu listopadowym, kiedy to wraz z mężem, historykiem i prawnikiem Karolem Hoffmanem, wyemigrowała do Francji. Jej działalność na emigracji spowodowała nadanie jej pseudonimu "matki polskiej emigracji". Po kilku nieudanych kuracjach mających na celu wyleczenie raka, zmarła we Francji i jest pochowana na cmentarzu Pere Lachaise w Paryżu. Działalność Hoffmanowej była przez współczesnych, jak również przez potomnych, oceniana wysoko, choć im więcej czasu upływało od jej śmierci, tym silniej jej konserwatyzm obyczajowy i tradycyjne podejście do stosunków społecznych było krytykowane i konfrontowane z nowszymi podejściami, choćby Narcyzy Żmichowskiej czy Gabrieli Zapolskiej. Na zdjęciu wybudowany po wojnie gmach, w którym w latach 1961-2013 mieściło się liceum ogólnokształcące, którego patronką jest nasza dzisiejsza bohaterka.

17 września przypada w kościele rzymskokatolickim wspomnienie św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, arcybiskupa warszawskiego doby powstania styczniowego, wieloletniego zesłańca oraz wyjątkowego kapłana. Pomimo swoich zasług oraz zaliczenia do grona świętych jest to ciągle postać mało znana nawet w Warszawie. Zanim przypomnimy biogram patron dnia dzisiejszego powiedzmy kilka słów o cudzie jaki nastąpił jakoby za wstawiennictwem Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i legł u podstaw jego kanonizacji. W 2008 r. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych promulgowała dekret uznający cud dokonany za wstawiennictwem błogosławionego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, dotyczący uzdrowienia Bożeny Zelek - siostry ze Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi, założonego przez abp. Felińskiego. Cierpiała ona na zanik szpiku. Jej stan był beznadziejny i zagrażający życiu. Siostra trafiła do kliniki w 2004 r. Krakowie pod obserwację specjalistów. Jej stan ciągle się pogarszał. Siostry zanosiły więc modlitwy przez wstawiennictwo błogosławionego Zygmunta, po czym nastąpiła nagła i niewytłumaczalna poprawa jej stanu zdrowia. Feliński urodził się w 1822 r. pod Łuckiem na Wołyniu jako siódme z jedenaściorga dzieci. Kiedy Zygmunt miał 17 lat jego matka została zesłana na Syberię za udział w konspiracyjnej organizacji. Dzięki pomocy rodziny mógł on jednak podjąć studia na wydziale matematyki Uniwersytetu Moskiewskiego. Następnie przeniósł się do Paryża, gdzie studiował na Sorbonie. W tym też czasie Zygmunt Szczęsny Feliński nawiązał znajomość z Juliuszem Słowackim. Na wieść o wybuchu powstania wielkopolskiego w 1848 r. rusza do Wielkopolski, gdzie bierze udział w bitwie pod Miłosławiem i zostaje ranny. Te doświadczenia prowadzą go do decyzji o wstąpieniu do seminarium, aby przez posługę duchowną służyć narodowi. Kończy seminarium w St. Petersburgu i tam przy

15 września 1971 rozpoczęła się w Warszawie epoka wielkiej płyty. Uruchomiono tego dnia Warszawską Fabrykę Domów na Wyczółkach. Nowoczesna technologia miała wprowadzić warszawskie budownictwo mieszkaniowe w nową epokę. Niewątpliwie wprowadziła. Oddajmy jednak głos "Stolicy": "15 IX, na dwa tygodnie przed planowanym terminem, przekazano do technologicznego rozruchu warszawską "Fabrykę Domów", wybudowaną na radzieckiej licencji, w ciągu roku przy pracy dwuzmianowej dostarczać będzie ona elementy prefabrykowane do zmontowania 8700 izb, a przy systemie pracy trzyzmianowej - 13000 izb. W uroczystości uczestniczyli członkowie egzekutywy KW PZPR z zastępcą członka Biura Politycznego, I sekretarzem KW Józefem Kępą, minister Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych Andrzej Giersz, przewodniczący Prezydium St. RN Jerzy Majewski, obecny był także radca ambasady ZSRR w Warszawie, przedstawiciel radzieckiego Komitetu Współpracy Gospodarczej z Zagranicą - Anatolij Cepow. Dyr. Jan Wieczorek z "Budomontażu" złożył w imieniu wszystkich wykonawców zobowiązanie zakończenia rozruchu całości urządzeń do 6 grudnia br. - dnia VI Zjazdu Partii, a więc o 25 dni wcześniej niż planowano (W efekcie do końca roku fabryka dostarczy elementów na 230 izb do pierwszych trzech bloków mieszkalnych osiedla Stegny). I sekretarz KW J. Kępa podziękował w imieniu egzekutywy oraz gospodarzy miasta wszystkim wykonawcom za realizację trudnego zadania życząc im sukcesów w pracy produkcyjnej. Podziękowanie twórcom fabryki złożył również min. A. Giersz, stwierdzając, że uruchomienie tej wytwórni otwiera nowy etap w budownictwie mieszkaniowym. Z aplauzem spotkało się przemówienie kierownika grupy specjalistów radzieckich Wiaczesława Tokariewa." Pierwszym osiedlem, zbudowanym w technologii wielkopłytowej, w systemie "szczecińskim", były - jak możemy przeczytać powyżej - Stegny. Kolejnym - Ursynów Północny. Fabryka działała do początku

14 września 1936 roku zmarł w Warszawie Czesław Domaniewski, architekt i akademik. Urodził się w rodzinie ziemiańskiej w Sieradzkiem. Do gimnazjum uczęszczał w Warszawie, po czym wstąpił do petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ukończył ją w 1889 roku ze złotym medalem. Powrócił do Warszawy. Praktykę rozpoczął pod kierunkiem Józefa Piusa Dziekońskiego, po czym zatrudnił się na stanowisku architekta kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. W tym czasie zaprojektował nowy budynek dworca Wiedeńskiego, tzw, Nową Poczekalnię; dworzec Kaliski w Łodzi, dworce w Kaliszu, Ciechocinku, Będzinie i Zawierciu. Jednak na architekturze kolejowej jego twórczość się nie kończyła. W 1902 roku zaprojektował kościół św. Kazimierza w Pruszkowie. W 1913 wzniósł szpital im. Karola i Marii na Lesznie. Z lat 20. pochodzą projekty gmachu Wojskowej Szkoły Inżynierii przy Nowowiejskiej, do dziś służących wojsku. Z licznych kamienic zachowała się na przykład ta przy Kopernika 11. W roku 1912 porzucił pracę na kolei i skoncentrował na pracy dydaktycznej, nie porzucając jednak projektowania. Najpierw wykładał w Wyższej Szkole Rolniczej, po czym zaangażował się w tworzenie Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Przez trzy trudne lata 1917-20 sprawował funkcję dziekana tego wydziału. Na emeryturę odszedł w 1929 roku, otrzymując godność Profesora Honorowego PW. Ilustracja za "Architektura i Budownictwo".

Warszawa obchodzi dziś rocznicę powstania teatru powszechnego w Warszawie, co de facto oznacza 250 lat istnienia Teatru Narodowego. Z tego też powodu, przygotowana została specjalna, jubileuszowa premiera (ponownie, po tylu latach) spektaklu "Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale". Nieco później, "zaledwie" 186 lat temu, w 1829 roku, w związku z sukcesami teatru powszechnego w Warszawie, cudem znajdującego środki na utrzymanie, powołana została nowa scena - Teatr Rozmaitości. Rozmaitości zawsze były miejscem dla eksperymentów, spektakli nieco bardziej alternatywnych, niż te w głównym nurcie, ale również stanowiła idealne miejsce dla przedsięwzięć bardziej kameralnych niż te wystawiane na scenie Teatru Narodowego. Polityczny klimat Warszawy niewątpliwie miał wpływ na decyzje związane z repertuarem teatru. Klęska powstania listopadowego, zamknęła niektóre drogi zarówno dyrektorom, jak i reżyserom teatru. Związane było to z faktem, iż Teatr Rozmaitości niemal do końca swojej działalności funkcjonował jako teatr rządowy, wchodząc w skład Warszawskich Teatrów Rządowych. Właśnie, do końca działalności. A przecież funkcjonuje w Warszawie w tym momencie teatr, co prawda nazywa się TR, ale skrót ten pochodzi od nazwy Teatr Rozmaitości. To w końcu o scenę dla tego teatru toczy się batalia przy okazji tworzenia projektu gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej na placu Defilad. Wątpliwości rozwiewa fakt, że pierwsze Rozmaitości zostały zamknięte w 1919 roku, drugie zaś powołano w latach siedemdziesiątych. Od tego czasu, z sukcesami funkcjonuje na warszawskim rynku, jako scena jeszcze bardziej alternatywna względem współczesnych repertuarowych teatrów, wystawiając spektakle Krzysztofa Warlikowskiego, Krystiana Lupy, Jana Klaty i obecnego dyrektora artystycznego Grzegorza Jarzyny. Na ilustracji afisz Teatru Rozmaitości z 1854 roku, za polona.pl

9 września 1596 r. w Warszawie, na rękach swojego siostrzeńca Zygmunta III Wazy, zmarła Anna Jagiellonka. Piotr Skarga powiedział na jej pogrzebie, że dała "piękny koniec i zamknięcie domowi Jagiellońskiemu". Była jedną z dwóch kobiet, które były pełnoprawnymi monarchami na polskim tronie. Jednocześnie od śmierci swojego brata Zygmunta II Augusta starała się brać czynny udział w kształtowaniu polityki w Rzeczpospolitej. Przez współczesnych uważana była za osobę nudną i nieciekawą, ale również wykształconą, znała znakomicie język włoski, grekę i łacinę. W młodości nauczono ją również haftowania i szycia. Wraz z siostrami szyła m.in. koszule dla brata Zygmunta. Po jego śmierci stała się symbolem ciągłości tradycji. Pomimo wprowadzenia w Rzeczpospolitej wolnej elekcji tronu szlachta była bardzo silnie przywiązana do dynastii jagiellońskiej. Zarówno Henryk Walezy, jak i Stefan Batory mieli zapisane w pacta conventa obowiązek poślubienia Anny. Pierwszy polski elekcyjny król tego obowiązku nie dopełnił. Trudno mu się dziwić, gdyż był od Anny o ponad 30 lat młodszy. Jego szybka ucieczka do Francji, stworzyła Annie możliwość po sięgnięcie po najwyższy tytuł w państwie. Przez szlachtę została obrana królem polskim i wielkim księciem litewskim, a za małżonka przydano jej księcia Siedmiogrodu Stefana Batorego. W chwili ślubu Anna miała już 53 lata i uchodziła raczej za osobę mało urodziwą. Z wielu przekazów wynika, że Stefan Batory nie darzył jej żadnym uczuciem i unikał z nią bliższych kontaktów. Mąż dość szybko odsunął ją od spraw państwowych, choć ona starała się prowadzić niezależną od niego politykę. Po śmierci Stefana Batorego w 1586 roku poparła aspiracje do korony polskiej swojego siostrzeńca Zygmunta.

16 września 1668 roku to data, która zapisała się w historii Polski jako dzień, kiedy polski władca po raz pierwszy w historii dobrowolnie zrzekł się tronu. Jan II Kazimierz Waza, bo o nim mowa, zrzekł się tronu w zamian za synekurę w opactwie Saint Germain des Pres, będąc zmęczony dwudziestoletnim panowaniem, które nie przyniosło mu nic dobrego poza wojnami, zrujnowaniem kraju i upadkiem jego gospodarki. Do tego był rozczarowany klęską swojej polityki dynastycznej (niemożnością przeprowadzenia elekcji vivente rege), zmaganiami z magnacką opozycją (rokosz Lubomirskiego) i zdołowany po śmieci małżonki, Ludwiki Marii, która - według współczesnych, a i niektórych historyków - "prowadziła króla jak Etiopczyk słonia". Prawda była nieco bardziej złożona, choć na pewno wszystkie czynniki wymienione wyżej złożyły się na decyzję króla. Rzeczpospolita po okresie wojen stawała się już wtedy areną rozgrywki obcych mocarstw między sobą, a za plecami króla trwała rozgrywka rozmaitych stronnictw, w której górę brało stronnictwo profrancuskie, na czele z reprezentującym jego interesy Janem Sobieskim. Ono właśnie pchało króla do decyzji o abdykacji, obiecując mu w zamian umorzenie gigantycznych długów i obdarowanie go dochodowym opactwem pod Paryżem. Kombinacja tych czynników spowodowała, że na sejmie 1668 roku król abdykował. Współcześni przypisali mu wówczas proroctwo dotyczące przyszłych losów Polski, jakoby wypowiedziane na tym sejmie, a przewidujące rozbiór terytoriów Rzeczypospolitej między troje sąsiadów. Na zdjęciu portret Jana Kazimierza ze zbiorów Pałacu w Wilanowie, za stroną muzeum.

4 września 1857 roku urodził się w Warszawie Stefan Szyller, jeden z najwybitniejszych architektów polskich przełomu XIX i XX wieku. Był synem architekta Teofila Schüllera i Julianny z Goebelów. Rodzina Stefana, osiadła w Warszawie w czasach saskich, pisała się zamiennie Schüller i Szyller. Jego przodek Franciszek w czasach stanisławowskich był rajcą Starej Warszawy. Stefan Szyller uczęszczał do III Gimnazjum Męskiego, a następnie, idąc w ślady ojca, podjął studia na Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. Studia ukończył w 1881 roku z wielkim złotym medalem. Otrzymał stypendium akademickie i dzięki niemu spędził pięć lat w Europie Zachodniej. W 1888 roku wrócił do Warszawy i rozpoczął praktykę. Ta okazała się niezwykle płodna. Szyller zaprojektował dla Warszawy ok. 150 budynków mieszkalnych i liczne gmachy publiczne. Te najważniejsze to siedziba Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, brama i biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, gmach Kasy Pożyczkowej Przedsiębiorców i główny budynek Politechniki Warszawskiej. Za projekt wiaduktu do mostu (dziś) Poniatowskiego otrzymał w 1914 r. order św. Anny II klasy. Co ciekawe, nie udało mu się zrealizować w naszym mieście żadnej świątyni; najbliżej był przy okazji konkursu na projekt kościoła Zbawiciela, w którym wygrał. Komisja konkursowa postanowiła powierzyć jednak zlecenie Józefowi Dziekońskiemu, innemu gigantowi epoki. Architekt powetował to sobie na prowincji, gdzie powstało wiele kościołów jego projektu. Możemy znaleźć je np. w Radomiu, Pionkach, Białobrzegach czy Wojkowicach. Szyller najswobodniej czuł się w formach architektury historycznej, szczególnie neorenesansowej i neobarokowej. W działalności naukowej poświęcił się dziejom architektury polskiej, a w szczególności próbie uchwycenia jej najbardziej charakterystycznych cech. Opublikował wiele książek i artykułów na ten temat, jak

Dziś przypada okrągła, 25. rocznica śmierci osoby, która przez całe swoje życie była związana z Warszawą. Jeżeli jeszcze dodamy, że był to piosenkarz, który na swoim koncie miał m.in. taki szlagier jak „Ta ostatnia niedziela”, stanie się jasnym, iż chodzi o Mieczysława Fogga. Zmarł 3 września 1990 r. w Warszawie przeżywszy 89 lat. Życie Mieczysława Fogga było na tyle bogate, że trudno nie pomijając ważnych informacji streścić je w kilkunastu zdaniach. Przypomnimy zatem jedynie najważniejsze informacje. Urodził się w Warszawie w rodzinie kolejarza i sklepikarki, jako Mieczysław Fogiel. Jego talent odkrył w kościele św. Anny Ludwik Sempoliński, kierując młodego chłopca na lekcje śpiewu. Mieczysław Fogg, jak wielu młodych ludzi z jego pokolenia wziął udział w wojnie z bolszewikami, a po wojnie w rozpoczął pracę jako kasjer w PKP. Na szczęście dla polskiej kultury nie zarzucił kształcenia muzycznego i w 1928 r. zadebiutował na deskach teatru Qui Pro Quo. Kariera Mieczysława Fogga potoczyła się wspaniale. Nagrywał dziesiątki piosenek oraz towarzyszył największym gwiazdom polskiego przedwojennego kina, takim jak Hanka Ordonówna czy Adolf Dymsza. W 1935 r. Jerzy Petersburski skomponował muzykę do tanga „Ta ostatnia niedziela”, zaś słowa ułożył Zenon Friedwald. Mieczysław Fogg stał się najpopularniejszym wykonawcą tego utworu, zaś płyta z jego nagraniem sprzedała się w ilości ponad 100 000 egzemplarzy jeszcze przed wojną. Żaden inny artysta nie mógł się pochwalić takim wynikiem. Podczas okupacji Mieczysław Fogg pozostał w Warszawie. Służył walce z okupantem tym co potrafił najlepiej, czyli śpiewem. Chociaż był żołnierzem AK, dał w trakcie powstania warszawskiego około 100 koncertów, aby podnieść

Dziś przypada okrągła, 25. rocznica śmierci osoby, która przez całe swoje życie była związana z Warszawą. Jeżeli jeszcze dodamy, że był to piosenkarz, który na swoim koncie miał m.in. taki szlagier jak „Ta ostatnia niedziela”, stanie się jasnym, iż chodzi o Mieczysława Fogga. Zmarł 3 września 1990 r. w Warszawie przeżywszy 89 lat. Życie Mieczysława Fogga było na tyle bogate, że trudno nie pomijając ważnych informacji streścić je w kilkunastu zdaniach. Przypomnimy zatem jedynie najważniejsze informacje. Urodził się w Warszawie w rodzinie kolejarza i sklepikarki, jako Mieczysław Fogiel. Jego talent odkrył w kościele św. Anny Ludwik Sempoliński, kierując młodego chłopca na lekcje śpiewu. Mieczysław Fogg, jak wielu młodych ludzi z jego pokolenia wziął udział w wojnie z bolszewikami, a po wojnie w rozpoczął pracę jako kasjer w PKP. Na szczęście dla polskiej kultury nie zarzucił kształcenia muzycznego i w 1928 r. zadebiutował na deskach teatru Qui Pro Quo. Kariera Mieczysława Fogga potoczyła się wspaniale. Nagrywał dziesiątki piosenek oraz towarzyszył największym gwiazdom polskiego przedwojennego kina, takim jak Hanka Ordonówna czy Adolf Dymsza. W 1935 r. Jerzy Petersburski skomponował muzykę do tanga „Ta ostatnia niedziela”, zaś słowa ułożył Zenon Friedwald. Mieczysław Fogg stał się najpopularniejszym wykonawcą tego utworu, zaś płyta z jego nagraniem sprzedała się w ilości ponad 100 000 egzemplarzy jeszcze przed wojną. Żaden inny artysta nie mógł się pochwalić takim wynikiem. Podczas okupacji Mieczysław Fogg pozostał w Warszawie. Służył walce z okupantem tym co potrafił najlepiej, czyli śpiewem. Chociaż był żołnierzem AK, dał w trakcie powstania warszawskiego około 100 koncertów, aby podnieść

Są w Polsce szkoły, o których się wie, że istnieją. Małachowianka w Płocku, powstała w 1180 roku będąca prawdopodobnie najstarszą szkołą na terenie dzisiejszej Polski, szkoła we Wrześni, w której bohatersko protestowały dzieci czy wsławione piosenką IV Liceum Ogólnokształcące w Częstochowie. Są też absolwenci takich szkół, o których zapomnieć nie sposób. Rudy, Alek, Zośka, Baczyński. Co ich łączy? Sławna szkoła: I Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Założone 1 września 1918 roku, jeszcze przez Radę Regencyjną, jeszcze w czasie pierwszej wojny światowej, gimnazjum przez chwilę funkcjonowało jako Królewsko-Polskie Gimnazjum im. Stefana Batorego. I jest to pierwsza z wielu nazw, które nosiła. Po drugiej wojnie, świadome prestiżu i konotacji władze, postanowiły szkołę "ukarać" zmieniając jej numer z pierwszego liceum na drugie, oddając jedynkę liceum im. Bolesława Limanowskiego. Przez pierwsze kilka lat, Batory funkcjonował w tymczasowym gmachu, przy ulicy Kapucyńskiej 21 (obecnie nie istnieje). W tym czasie przygotowywano projekt i miejsce dla jego realizacji przy ulicy Myśliwieckiej. Projektem gmachu przeznaczonego dla około trzystu uczniów zajmował się Tadeusz Tołwiński. Widać w nim było wyraźne inspiracje polskim renesansem i barokiem, zauważalne w symetrii budynku, kształcie i dekoracji dziedzińca, ale równiez w architekturze korytarzy, na których przykładzie bez problemu można uczyć historii architektury. Pierwotnie wokół budynku znajdował się dwa korty, jedno z najnowocześniejszych boisk sportowych tego czasu, sad a od frontu iście pałacowy podjazd. W środku zaś znajdowało się obserwatorium astronomiczne i basen. Dzisiejszy stan zawdzięczamy powojennej rekonstrukcji. Po 1945 roku brakowało dachu oraz całego pierwszego piętra, a parter również nie był w najlepszym stanie. Jednak pierwotny projekt,

31 lipca 1654 roku odbyło się uroczyste wprowadzenie sióstr wizytek do skromnego jeszcze, drewnianego klasztoru przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Tak oto rozpoczęła się już ponadtrzystupięćdziesięcioletnia obecność tego zakonu w naszym mieście. Inicjatorką sprowadzenia sióstr Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny była królowa Ludwika Maria. Był to jeden z elementów jej szeroko zakrojonego planu zacieśniania więzów Rzeczypospolitej i dynastii z Francją i przenoszenia wzorców kultury francuskiej na nasz grunt. Domem macierzystym warszawskiego konwentu był klasztor paryski z Przedmieścia św. Jakuba, wsparty przez Lyon i Troyes. Z nich to przybyło dwanaście sióstr z Marią Katarzyną de Glétain jako przełożoną. Klasztor długo jeszcze był ośrodkiem kultury i języka francuskiego; nawet, gdy siostry były już w większości Polkami, wciąż uczyły się tego języka, nauczały go swoje uczennice i prowadziły "biuro tłumaczeń". W założeniu swoich twórców, Joanny de Chantal i Franciszka Salezego, zakon wizytek miał cieszyć się relatywnie łagodną regułą, umożliwiającą siostrom pracę wśród wiernych i posługę ubogim. Rzym jednak zablokował to śmiałe nowinkarstwo i wizytki stały się kolejnym zgromadzeniem zamkniętym. Toteż 9 sierpnia tego samego roku, w obecności pary królewskiej, dokonano uroczystego zamknięcia klauzury, Klauzury, dodajmy, złamanej przez owe kilkaset lat zaledwie kilkukrotnie i tylko w wyjątkowych, dramatycznych sytuacjach. Dalsze dzieje warszawskich wizytek to temat na inną opowieść. Warto jednak pamiętać, że klasztor przy Krakowskim Przedmieściu to jedna z bardzo nielicznych w Warszawie kapsuł czasu, gdzie zachowały się niemal nietknięte dzieła sztuki i archiwalia nawet z siedemnastego wieku. A że zakonnice dość zazdrośnie ich strzegą przed uczonymi, czeka nas zapewne jeszcze wiele niespodzianek. Na ilustracji kościół i klasztor Wizytek, już murowany, sto

Był 30 lipca 1656 roku, czyli drugi rok „Potopu szwedzkiego”. Poranek owego feralnego dnia był inny niż dzisiaj. Nad okolicami Warszawy unosiła się gęsta mgła. Ustawione na prawym – praskim brzegu Wisły wojska polsko-lietwsko-tatarskie nie widziały się z rozstawionymi od strony Białołęki połączonymi siłami szwedzko-brandenburskimi. Był to już trzeci dzień wielkiej bitwy, jaka miała miejsce na przedpolach ówczesnej Warszawy. Ponieważ opisujemy tutaj tylko trzeci – ostatni dzień zmagań, skupmy się zatem na wydarzeniach, które miały miejsce w schyłkowym etapie batalii. Bardzo pomocnym będzie nam dzieło Erica Dahlberga, który narysował zmagania polsko-szwedzkie. Wojskami po stronie Rzeczpospolitej dowodził Jan II Kazimierz, zaś po stronie szwedzkiej Karol X Gustaw wraz elektorem brandenburskim Fryderykiem Wilhelmem. Król polski zadał sobie sprawę, iż bitwy nie da się już wygrać. Ponieważ przez Wisłę przerzucony był tylko jeden most łyżwowy, kluczowym zadaniem było przerzucenie jak największej ilości sił na lewy brzeg rzeki, celem uniknięcia dalszych strat. Plan najeźdźcy opierał się z kolej na pokonaniu wojsk Rzeczpospolitej i zepchnięciu ich do Wisły. Jednocześnie król szwedzki przesuwał część swoich sił na tereny wsi Kamion, aby odciąć drogę odwrotu wojskom Rzeczpospolitej. Wojska polsko-litewskie rozlokowane były na kształt wielkiego łuku od wydm Bródna po las praski na południowym wschodzie. Około godziny 9 do ataku poszły do ataku w centralnym odcinku frontu pułki szwedzkie, spychają broniących wydm Polaków w kierunku Pragi. Droga odwrotu była utrudniona ze względu bagna (oznaczone na grafice łacińskim terminem „Paludes”) oraz rzeczki, po których obecnie nie ma już śladu. Około godziny 10 do walki włączają się Brandenburczycy, zdobywając 7 polskich dział,

Warszawiacy kojarzą zapewne bardzo dobrze dwa pomniki marszałka Piłsudskiego - "dziadka parkingowego" z ulicy Karaszewicza oraz wielki pomnik pod Belwederem. Mało kto jednak - statystycznie - odwiedza AWF, gdzie stoi trzeci, najmniej chyba znany, pomnik, stojący na dziedzińcu uczelni. AWF, powołany w 1927 jako Centralny Instytut Wychowania Fizycznego na życzenie, czy też rozkaz, marszałka, jest bardzo odpowiednim miejscem dla takiego pomnika. Już wkrótce po śmierci Piłsudskiego dodano jego imię do nazwy uczelni i tak zostało do roku 1949, kiedy to AWFowi został przydzielony nowy patron - gen. Karol Świerczewski. Piłsudski wrócił na swoje miejsce w roku 1990. Sam pomnik, mimo że powstał w latach 30. XX w. (a jego autorem był Alfons Karny), stanął na Bielanach dopiero z tej ostatniej okazji. 27 lipca 1990 miała miejsce uroczystość przywrócenia uczelni starego patrona, i wtedy odsłonięto również pomnik. Popiersie przetrwało okres realnego socjalizmu schowane w Łazienkach Królewskich. Cokół, symbolicznie pęknięty i z dwoma datami symbolizującymi koniec pierwszego i początek drugiego patronowania, zaprojektował Jerzy Kalina. Popiersie stanęło w miejscu, gdzie wcześniej stało popiersie Świerczewskiego. A co się stało z pomnikiem poprzedniego patrona? Portal tubielany.pl podaje, że jeszcze we wrześniu 2014 roku leżał zdydolony na tyłach uczelni w krzakach. Zdjęcie pomnika wklejamy za wikipedią

Dzisiaj w kalendarium będzie mowa o zawodach sportowych, które rozpoczęły się dokładnie osiemdziesiąt jeden lat temu, 28 lipca 1934 roku. Mamy tu na myśli Challenge 1934, czyli Międzynarodowe Zawody Samolotów Turystycznych. Międzynarodowa Federacja Lotnicza zorganizowała cztery takie imprezy i ta właśnie była ostatnią. Warszawa została organizatorem tych zawodów ze względu na duet wyśmienitych polskich lotników - Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury - którzy zwyciężyli w poprzedniej edycji. Zawody trwały do połowy września i składały się na nie trzy konkurencje: próby techniczne samolotów, próby szybkości maksymalnej oraz podniebny rajd wokół Europy, wytyczoną przez organizatorów trasą liczącą ponad 9 i pół tysiąca kilometrów. Zwyciężyła załoga z Polski: Jerzy Bajan i Gusta Pokrzywka. Drugie miejsce również przypadło polskiej załodze, trzecie zaś reprezentantom Trzeciej Rzeszy. Głównym celem Challengu, pomijając aspekt sportowej próby umiejętności pilotów i technicznych możliwości samolotów, była popularyzacja pasażerskiego ruchu lotniczego. Jak już wyżej było wspomniane imreza z 1934 roku była ostatnią z tej serii. Względem poprzedniej, z 1932 roku, liczba maszyn biorących udział w zawodach znacznie zmalała (z 43 do 34 sztuk). Wzięły w nich udział tylko cztery reprezentacje: polska, czechosłowacka, niemiecka i włoska. Gwoździem do trumny Challengu była postępująca profesjonalizacja lotnictwa, czyli to czemu prawdopodobnie zawdzięczamy poprawę bezpieczeństwa podniebnych podróży. Rosły wymagania techniczne stawiane przez organizatorów konkursu, którym sprostanie wymagało wielkich nakładów czasu i pieniędzy, na co, niestety, nie wszyscy mogli sobie pozwolić. Na zdjęciu z wikimedia.org uroczystość otwarcia imprezy na Polu Mokotowskim.

You don't have permission to register