opis

skpt.warszawa@gmail.com

Kartka z Kalendarza

Image Alt

Kartka z kalendarza

Właśnie dziś swoje 68. urodziny obchodziłby jeden z najsilniej kojarzonych z Warszawą piłkarzy - Kazimierz Deyna. Obchodziłby, gdyby pewnego sierpniowego wieczoru w roku 1989 nie usiadł po pijanemu za kierownicą swojego dodge'a i nie wjechał w prawidłowo zaparkowaną ciężarówkę. Deyna, podobnie jak "Sen o Warszawie" jest stałym elementem "wystroju" meczów stołecznej Legii, w tym klubie spędził większość swojej sportowej kariery, choć sam zawodnik z Warszawą nie miał żadnych związków; urodził się w Starogardzie Gdańskim, a w piłkę zaczynał grać w gdańskim Włókniarzu i w ŁKS Łódź, w którego barwach zadebiutował w I lidze. Jak jednak większość zdolnych piłkarzy w tamtym czasie, w 1967 roku otrzymał powołanie do wojska, co w przypadku piłkarza równało się transferowi do CWKS. W Legii szybko wyrósł na lidera środka pola, w ogóle przez analityków futbolu uważany jest za jednego z lepszych pomocników w historii piłki. Jego znakiem firmowym, poza niekonwencjonalnymi podaniami i przeglądem pola, były słynne "rogale" czyli strzały z rzutów wolnych i rożnych, po których często padały bramki. Co ciekawe, poza Warszawą był, jak cała Legia, znienawidzony, czego najlepszym dowodem gwizdy na Stadionie Śląskim po tym jak publiczność dowiedziała się kto strzelił dającą nam, jak się później okazało awans do finałów MŚ'78 bramkę. Jego międzynarodowa kariera klubowa była długo blokowana przez władze PRL, co uzasadniano tym, że oficer LWP nie może udać się grać w piłkę w krajach NATO; na wyjazd pozwolono mu dopiero na jesieni 1978 roku, kiedy miał już 29 lat. Deyna wybrał, a w zasadzie jemu wybrano w zamian za dewizy i sprzęt dla

Powoli zbliża się listopad, który to miesiąc dał nazwę jednemu z wielkich polskich powstań. Warto zatem przypomnieć dziś osobę, która była z nim i z Warszawą związana. Wspominamy dziś rocznicę śmierci Romana Sołtyka, który zmarł 22 października 1843 r. w Saint-Germain-en-Laye we Francji. Urodził się w burzliwych czasach Sejmu Wielkiego, w 1790 r. w Warszawie. Był synem Stanisława Sołtyka, jednego z posłów na Sejm Czteroletni, który brał czynny udział w projektowaniu i wprowadzaniu Konstytucji 3 Maja. Młodość i studia Roman Sołtyk spędził w Paryżu, studiując na tamtejszej Politechnice. W 1807 r. powrócił do Polski i wstąpił w szeregi tworzącej się armii Księstwa Warszawskiego. Jego sytuacja materialna pozwoliła na ufundowanie kompanii artyleryjskiej, na czele, której stanął. Przeszedł z armią napoleońską cały szlak bojowy do Moskwy i z powrotem. W 1813 r. został wzięty do niewoli pod Lipskiem. Jak wielu polskich oficerów, po utworzeniu Królestwa Polskiego wstąpił do Armii Polskiej, jednak już w 1816 r. złożył dymisję. Brał czynny udział w życiu Królestwa, należąc do niepodległościowych organizacji. Związany był m.in. ze sprzysiężeniem Piotra Wysockiego, wraz ze swoim ojcem. Po wybuchu powstania listopadowego, wniósł wniosek na Sejmie o detronizację Mikołaja I jako króla polskiego. W armii powstańczej walczył w stopniu generała i odznaczył się nieugiętą wolą walki. To z kolej doprowadziło, iż po jego upadku musiał schronić się za granicą, we Francji. Ponieważ ciążył na nim zaoczny wyrok kary śmierci, do Polski już nigdy nie powrócił i zmarł jak wielu mu podobnych patriotów we Francji. Ilustracja za wikimedia.org

Każdy kto w Warszawie trafi do kiosku będzie w stanie znaleźć tam dwa miesięczniki: "Stolicę" i "Skarpę Warszawską". Wziąwszy je do ręki, czytelnik szybko zauważy, że ich profil jest bardzo zbliżony. Obie podejmują tematy historyczne, obu też zdarza się podejmować kwestie współczesne. Jednak nie o nich, dwóch niezależnych wydawnictwach, będzie dzisiaj mowa w szczególności. Na dzisiejszy dzień przypada siedemdziesiąta rocznica ukazania się pierwszego numeru "Skarpy Warszawskiej", tygodnika wydawanego przez Biuro Odbudowy Stolicy. Pierwszy numer ośmiostronicowej, ilustrowanej gazety w dużym formacie ukazał się 21 października 1945 roku. Gazeta była wydawana z wyraźnie podkreślającym jej zainteresowania podtytułem: "pismo poświęcone odbudowie stolicy - miasta i człowieka". Jednak "Skarpa" ukazywała się na rynku całkiem niedługo, ponieważ niewiele ponad rok później, 3 listopada 1946 roku, na jej miejsce weszła inna gazeta: "Stolica". Ta istniała nieco dłużej, bo do końca 1990 roku. Dzisiejsza "Skarpa Warszawska" jest wznowieniem pierwotnej "Skarpy", początkowo wydawanym jako dodatek do warszawskiej edycji "Echa Miasta". Już po kilku numerach okazało się, że ambicje redakcji i popyt na tego rodzaju prasę był wystarczająco duży, żeby utworzyć osobny magazyn, 72 stronicowy miesięcznik. Współczesna "Skarpa" ukazuje się od 2010 roku.

Skrzyżowanie ulic Chłodnej i Żelaznej bardzo często łączone jest z żydowską przeszłością tej części miasta. Widać ją nie tylko w pomnikach, ale również częściowo w zachowanej, przedwojennej architekturze. Przykładem tego może być jeden z bardziej znanych adresów warszawskiego getta, czyli budynek przy Chłodnej 20. Jednak zaraz obok tych ostańców znajdują się współczesne bloki, niewchodzące w relację z wcześniejszą architekturą. Ta czasoprzestrzenna wyrwa zainspirowała Jakuba Szczęsnego, architekta, do stworzenia artystycznego projektu - najwęższego domu, a przy okazji łącznika między przeszłością a teraźniejszością. I w ten sposób powstał Dom Kereta, otwarty dokładnie 3 lata temu, 20 października 2012 roku. Ale właściwie dlaczego jest on domem akurat Kereta? Szczęsny szukał osoby, która będzie na tyle otwarta na różne projekty, że będzie w stanie firmować go nazwiskiem. Jednak nie tylko to było decydujące. W przypadku Etgara Kereta wszystko się zgadzało: jest izraelskim pisarzem o polskich korzeniach i specjalizuje się w krótkich formach. Jego opowiadania często nie przekraczają objętości dwóch stron, ale i tak trafiają w punkt. Przez kilka lat współpracował z nieistniejącym już polskim czasopismem "Bluszcz". Dom Kereta miał być miejscem pracy artystów, często zapraszanych przez samego pisarza. Możliwe jest również zwiedzanie instalacji w godzinach podanych na stronie internetowej www.domkereta.pl. Najbliższa taka okazja nadarzy się w sobotę 24 października. Zdjęcie: wikimedia.org

19 października 1863 w miejskim ratuszu wybuchł pożar. Zdarza się, w dziewiętnastowiecznych miastach był to chleb powszedni. Tym jednak razem był to pożar szczególny; rzecz by można - polityczny. 2 października, a więc dwa tygodnie po pamiętnym zamachu, hrabia Berg, p.o. Namiestnika Królestwa Polskiego, wydał następujące rozporządzenie: „Miasto Stołeczne Warszawa przeszło od dwóch lat jest ogniskiem występków i głównym źródłem wszystkich nieszczęść, które spływają na kraj. Z tego powodu Rząd znajduje się zmuszony znakomicie zwiększyć wydatki krajowe, spowodowane tak smutnym stanem. Również Rząd obowiązany jest zaradzić wielkiej liczbie nieszczęść, wypływających z takiego położenia. Słuszność zatem wymaga, ażeby pomienione zwiększone wydatki, obciążały nie sam tylko Skarb kraju, ale aby i miasto, które toleruje i ukrywa w swojem łonie tak wielką liczbę spiskujących i zabójców, ponosiło część ciężarów, wynikających z takiego stanu rzeczy. W tem położeniu rzeczy zmuszony jestem nałożyć na Miasto Stołeczne Warszawę kontrybucję nadzwyczajną. Rozkazuję więc co następuje: 1. Kontrybucja nadzwyczajna ma być pobraną od wszystkich właścicieli domów i innych nieruchomości prywatnych w Warszawie, w stosunku 8% dochodu, oznaczonego w spisie ogólnym dochodu z domów i budowli miasta Warszawy i przedmieścia Pragi na rok 1861. 2. Kontrybucja ta ma być wniesioną do dnia 20 Października (1 Listopada) r. b. 3. Osoby, które do pomienionej daty nie uiściłyby kontrybucji, będą zmuszone do jej zaspokojenia drogą exekucji wojskowej, w stosunku zwiększonym do 12%. 4. Właściciele domów i innych nieruchomości obciążonych długami hypotecznemi, jeżeli wierzytelności należą do osób prywatnych, mają prawo potrącić z procentu prawnego, opłacić się mającego tymże osobom 8%. 5. Komissja Rządowa Spraw Wewnętrznych włoży na Magistrat Miasta Stołecznego Warszawy obowiązek

29 października 1910 zmarł w Warszawie Konstanty Wojciechowski, jeden z najpłodniejszych architektów polskich przełomu XIX i XX wieku. Nie możemy się oprzeć zacytowaniu wspomnienia z miesięcznika "Architekt" ze stycznia 1911 roku: "Ostatnie dnie roku zeszłego przyniosły smutną wiadomość o zgonie K. Wojciechowskiego, znanego budowniczego i radcy dyrekcyi Tow. kred. m. Warszawy. Urodzony w 1841 r. w ziemi lubelskiej, pobierał początkowe nauki w Sandomierzu i szkole realnej w Warszawie, w r. 1861 wstąpił do szkoły Szt. Pięknych na wydział architektoniczny. Po roku, gdy szkołę zamknięto, a w kraju wszczęły się ruchy wolnościowe, wrażliwa natura ś. p. Wojciechowskiego pociągnęła go w szeregi powstańcze. Później wstępuje na wydział matematyczny Szkoły Głównej, nie porzucając jednak studyów technicznych, które z czasem uzupełnia w Paryżu i Monachium, poczem rozpoczyna pracę zawodową u bud. Berenta, a w r. 1875 uzyskuje prawapaństwowe w Petersburgu. Będąc wykształconym na studiach nad stylami historycznymi, którym hołdowała w owym czasie cała Europa zachodnia, ś. p. Wojciechowski był im wierny do ostatka i w tym duchu wykonał szereg prac świeckich i kościelnych, z których ostatnia, kościół w Częstochowie, jest jeszcze nieukończona. W szczególności jednak należy podkreślić prace, jakie ś. p. Wojciechowski poświęcił studyom teoretycznym nad przeszłością słowiańszczyzny i kraju naszego w dziejach jego artystycznych. Odbywając liczne wycieczki, notuje skrzętnie każdy objaw kultury i sztuki i bierze udział w redagowaniu pierwszego polskiego Kwestyonaryusza dla inwentaryzacyi zabytków, opracowanego i wydanego w r. 1883 przez delegacyę Komitetu Tow. Z. Szt. Pięknych p. t.: »Przewodnik do opisu dawnych pomników sztuki«. Niestety ś. p. Wojciechowski nie zdążył uporządkować i opracować swych cennych

Po tym jak w pierwszych dwóch Konkursach Chopinowskich po wojnie pierwsze nagrody zdobyli Polacy (Halina Czerny-Stefańska w 1949 i Adam Harasiewicz w 1955), nikt zapewne nie przypuszczał, że na kolejne Grand Prix dla Polaka przyjdzie poczekać kolejne cztery edycje. Ale oto 28 października 1975 roku jury ogłosiło, że IX Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina wygrał dziewiętnastolatek z Zabrza, Krystian Zimerman. Kształcony pod okiem Andrzeja Jasińskiego, również światowej sławy pianisty, Zimerman sięgnął nie tylko po główną nagrodę, ale również po nagrody dodatkowe za najlepsze wykonanie mazurka, poloneza i sonaty. Był pierwszym pianistą, który osiągnął taki sukces na MKPFC. Po zwycięstwie rozpoczął błyskotliwą karierę, grając już w 1977 w Salzburgu i Londynie, mimo że dyplom na katowickiej Akademii Muzycznej zdobył dopiero w 1979. Nawiązał współpracę z wielkimi świata muzyki orkiestrowej, jak H. von Karajanem czy Leonardem Bernsteinem. W 1988 zagrał koncert fortepianowy, napisany specjalnie dla niego przez samego Witolda Lutosławskiego. Zamieszkujący obecnie Szwajcarię Zimerman, jak każdy artysta, nie jest wolny od dziwactw i ciekawych opowieści, które się do niego "przyczepiają". Jako że na swoje koncerty zwykł jeździć z własnym fortepianem, w roku 2002 miał problem przed koncertami w USA, na lotnisku bowiem dopatrzono się czegoś podejrzanego w

Kiedy słyszymy zwrot „hołd pruski”, większości z nas przypomina się imponujący obraz Jana Matejki o tym samym tytule. Widzimy na nim klęczącego Albrechta Hohenzollerna przed królem polskim Zygmuntem I Starym na rynku w Krakowie. Tymczasem na siedem hołdów władców pruskich pięć odbyło się w Warszawie. Dziś wspomnimy ostatni z nich, który miał miejsce 6 października 1641 r. na dziedzińcu Zamku Królewskiego. Do tej szczególnej uroczystości polski władca szykował się od dawna. Władysław IV w 1641 r. miał 46 lat i na koncie zwycięskie wojny z Moskwą oraz Turcją. Rzeczpospolita pod jego rządami osiągnęła największe rozmiary w swojej historii. Przyszłość zarówno Rzeczpospolitej, jak i dynastii Wazów wydawała się świetlana. Władysław IV został wybrany królem na niemal jednogłośnej elekcji, a jego dorastający syn miał wszelkie widoki, że odziedziczy w przyszłości koronę. Warszawa tamtych czasów, choć była miastem stosunkowo niewielkim, to jednak przyciągała artystów z całej Europy, liczących na mecenat Władysława IV. Nieco inaczej przedstawiała się sytuacja drugiego bohatera naszego wydarzenia. Fryderyk Wilhelm był wówczas 21-letnim młodzieńcem. Po zmarłym kilka miesięcy wcześniej ojcu odziedziczył niewielkie państwo wtłoczone pomiędzy potężnych sąsiadów: Rzeczpospolitą, Szwecję oraz Austrię. Chociaż państwo pruskie nie brało otwarcie udziału w wojnach, to jednak zmagania ościennych mocarstw rujnowały kraj. Władysław IV udzielił gościny Fryderykowi Wilhelmowi w specjalnie na ten cel przygotowanym Zamku Ujazdowskim. Miał to być pokaz siły i bogactwa Rzeczpospolitej. „Na homagium Kurfirsta Jego Mości” z Krakowa zwożono Wisłą „zwierzynę i frukty”, z samego Wiednia zaś – wyborne wina francuskie, włoskie i reńskie. 5 października elektor spotkał się z królem. Ubrany był w czarną

W związku z tym, że o dzisiejszej rocznicy powstania Kabaretu Starszych Panów przypomina nawet startowa strona Google, tę notkę poświęcimy nie im, a Konstantemu Julianowi Ordonowi. Znany większości z wiersza Adama Mickiewicza, w którym miał ponieść śmierć w czasie jednej z powstańczych bitew, Konstanty Julian Ordon urodził się w Warszawie, 16 (lub 15) października 1810 roku. W opisywanym przez wieszcza wybuchu nie zginął, został jedynie poważnie ranny. Podczas powstania brał udział również w innych bitwach, na przykład pod Ostrołęką i jeszcze bliżej Warszawy: pod Olszynką Grochowską. W czerwcu 1831 roku został odznaczony srebrnym krzyżem Virtuti Militari. Po powstaniu listopadowym wyemigrował, początkowo do Drezna, potem do Szkocji. W 1840 wstąpił do angielskiej loży wolnomularskiej, a kilka lat później do polskiej loży narodowej w Londynie. W 1848 roku opuścił Wyspy i udał się do Mediolanu, aby dołączyć do legionu Mickiewicza. Jednak nie został tam dobrze przyjęty i ostatecznie trafił do innej jednostki. W armii - sardyńskiej, Garibaldiego, a później włoskiej - pozostawał aż do 1867 roku. Po samobójczej śmierci we Florencji w 1887 roku, w związku z brakiem pozwolenia władz rosyjskich, ciało Ordona zostało przewiezione do Lwowa, skremowane i pochowane na Cmentarzu Łyczakowskim, nie zaś w rodzinnym grobowcu na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie. Portret za wikimedia.org

Warszawa to miasto, które od zarania swych dziejów było domem dla wielu nacji i wiar. To truizm, ale dziś, kiedy - paradoksalnie - miasto jest chyba najbardziej homogeniczne w całej swej historii, łatwo o tym zapomnieć. Dziś wspominamy przedstawiciela mniejszości niemal zapomnianej, a stanowiącej w dawnej Rzeczypospolitej całkiem wpływową grupę. I choć zapewne każdy słyszał o Ormianach lwowskich, to mało kto umie wymienić jakiegoś Ormianina warszawskiego. 15 października (niektóre opracowania podają dzień następny) 1796 roku zmarł w Warszawie Józef Epifaniusz Minasowicz, pisarz, historyk, wydawca i redaktor, kanonik kijowski. Urodził się w 1718 roku jako syn Mikołaja, kupca i patrycjusza miasta Warszawy, sekretarza królewskiego. Nauki pobierał u warszawskich jezuitów, po czym w Krakowie uzyskał doktorat obojga praw. Po studiach i krótkim pobycie we Lwowie wrócił do Warszawy. Został sekretarzem Henryka von Brühla, pracował w bibliotece Załuskich, w końcu w nuncjaturze apostolskiej. Dzięki protekcji Andrzeja Załuskiego został kanonikiem kijowskim. Dopiero po objęciu tej godności odbył studia teologiczne w seminarium misjonarzy i przyjął niższe święcenia. Otrzymał również tytularną godność sekretarza królewskiego. Wydawał najważniejsze tytuły epoki, w tym "Monitor" i "Zabawy przyjemne i pożyteczne", przekłady tekstów antycznych i literaturę współczesną, m.in. Horacego, Claudianusa i Załuskiego. Sam również pisał, głównie poezje i poematy. Niektóre z nich zyskały uznanie dwudziestowiecznych badaczy i trafiły do opracowań i zbiorów literatury polskiej XVIII wieku. Czasy Stanisława Augusta nie były dla Minasowicza pomyślne. Tkwiąc stylistycznie i intelektualnie w epoce saskiej nie był ceniony przez zwolenników Oświecenia i został odsunięty na boczny tor. Nowy król skąpił mu finansowania, a jego prebendy przepadły wraz z I rozbiorem. Popadł

Choć większość z nas udała się dziś o poranku jak w każdą środę do pracy, to mamy dziś dzień świąteczny. Świadczy o tym fakt, iż w szkołach nie ma lekcji, a nauczyciele wychodzą z naręczami kwiatów. A 14 października w całej Polsce celebrowany jest dzień Komisji Edukacji Narodowej. Dlaczego 14 października, dlaczego o tym piszemy i jak do tego doszło? Przyczyny powołanie KEN należy szukać w Rzymie na początku 1773 r., gdzie papież Klemens XIV, ugiąwszy się pod rządaniami Francuzów rozwiązał zakon jezuitów. Od jego powstania w połowie XVI w. członkowie Towarzystwa Jezusowego stali się jednymi z najbardziej wpływowych zakonników na dworach zachodniej Europy, pełniąc nieraz funkcję spowiedników monarchów. Nadto jezuici zoorganizowani na kształt wojska, sprawowali pieczę nad edukacją. Tak też było w Rzeczypospolitej, gdzie dominowały szkoły jezuickie i pijarskie, kształcące młodzież szlachecką. W chwili rozwiązania zakonu jezuitów powstała olbrzymia próżnia. Problemem były również dobra, które z chwilą kasaty stawały się „bezpańskie”. Moment likwidacji Towarzystwa Jezusowego przypadł na ciężkie czasy I rozbioru. Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie Sejm miał głównie za zadanie potwierdzić „dobrowolne” cesje terytorialne na rzecz ościennych mocarstw. Jednak stał się on również narzędziem naprawy systemu politycznego. A co dokładnie uchwali posłowie owego 14 października 1773 r. Głos oddajmy protokołowi (pisownia oryginalna): „1mo. Ustanawiamy Kommissyą w Warszawie odpracować się maiącą do edukacyi młodzi szlacheckiey, pod protekcyą I.K. Mci P. n. M. do ktorey ex Senatu, et Ministerio: Wielebnych WW. y UU Ignacego Massalskiego Biskupa Wileńskiego, Xiążęcia Poniatowskiego Biskupa Płockiego, Chreptowicza Podkanclerzego Lit. ex Ordine equestri Ignacego Potockiego Pisarza L. Xiążęcia

13 października 1906 roku w kamienicy przy ulicy Smolnej 9 doszło do pierwszych zajęć Prywatnych Kursów Handlowych Męskich Augusta Zielińskiego. Mimo że uroczysta inauguracja roku akademickiego miała miejsce dopiero dwa dni później, to datę 13 października uczelnia podaje jako datę założycielską. Mimo, że nie mamy obecnie w Warszawie takiej szkoły, to zna ją pewnie każdy - z kursów Zielińskiego wykiełkowała obecna Szkoła Główna Handlowa. Była to pierwsza uczelnia ekonomiczna w Warszawie po zamknięciu Szkoły Handlowej założonej przez Leopolda Kronenberga. Szkoła mogła zostać otwarta na fali liberalizacji po Rewolucji 1905 roku, kiedy kurs carskich władz w stosunku do Polaków nieco złagodniał. Sam August Zieliński, założyciel szkoły, był z wykształcenia buchalterem, absolwentem wymienionej szkoły i wykładowcą w wielu szkołach ekonomicznych Warszawy. Sam fundator był również wykładowcą na swoich kursach, a pierwszym rektorem szkoły został Bolesław Miklaszewski, którego popiersie mogą oglądać wszyscy odwiedzający gmach Biblioteki SGH. August Zieliński zmarł we wrześniu 1908 roku, a założona przez niego szkoła otrzymała jego imię. Później wyewoluowała w Wyższą Szkołę Handlową, a w 1931 roku nadano jej, nawiązującą do zamiarów Stanisława Staszica jeszcze z czasów Królestwa Kongresowego, nazwę Szkoła Główna Handlowa, obowiązującą (z przerwą na lata 1949-91) do dziś. Gmach przy Smolnej 9, gdzie założono kursy, i gdzie miały miejsce pierwsze zajęcia, już nie istnieje. Zdjęcie przedstawiające budynek podajemy za pulsbiznesu.pl.

9 października 1908 roku stracono Józefa Mireckiego "Montwiłła", działacza niepodległościowego i socjalistycznego, członka PPS. Urodził się w 1879 roku w zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Wychowanie w atmosferze patriotycznej i stanowczy nonkonformizm sprawiły, że od wczesnej młodości wiódł burzliwe życie. Wydalony z gimnazjum, podjął się pracy robotnika w Zagłębiu. Rozpoczętego kursu sztygarskiego również nie ukończył, wydalony za działalność polityczną. W 1900 roku wstąpił do PPS. Rozpoczęło się pasmo aresztowań, uwięzień, śmiałych ucieczek, kolejnych miejsc zatrudnienia (m.in. przy szybach naftowych w Borysławiu, ale i w cesarskiej armii), w których nigdy nie zagrzewał długo miejsca. Rewolucję 1905 spędził w Warszawie, gdzie przystąpił do Organizacji Spiskowo-Bojowej PPS. Brał udział w licznych akcjach bojowych, m.in. w brawurowym skoku na bank w Opatowie. 20 sierpnia 1905 ponownie aresztowany podczas zdekonspirowanego zebrania organizacji. Uciekając przed Ochraną, ostatnim nabojem w rewolwerze postanowił popełnić samobójstwo. Szczęśliwie-nieszczęśliwie, poślizgnął się na stromym dachu i jedynie się zranił. Wpadł w ręce policji, jednak uciekł ze szpitala i ponownie podjął walkę. Został kierownikiem Organizacji Bojowej PPS w Łodzi. Dowodził m.in. słynną akcją pod Rogowem, gdzie bojowcy z sukcesem zaatakowali pociąg pocztowy. Po raz ostatni został aresztowany w listopadzie 1907 roku w Warszawie. Wytoczono mu trzy procesy; otrzymał dwakroć piętnaście lat katorgi i karę śmierci. Zaledwie trzy dni po zapadnięciu ostatniego wyroku, wykonano go na stokach Cytadeli. Dziś znajduje się się tam tablica, upamiętniająca czołowych działaczy PPS. Prócz "Montwiłła" widnieją na niej M. Kasprzak, St. Okrzeja, H. Baron i St. Krawczyk. Mirecki ma też ulicę na warszawskiej Woli i w wielu innych polskich miastach. W Łodzi znajduje się funkcjonalistyczne osiedle mieszkaniowe nazwane

Przejeżdżający ulicą Marszałkowską rzadko kiedy zastanawiają się, skąd wzięła się jej nazwa, ewentualnie kojarzą ją z jedynym marszałkiem,którego można mieć na myśli w takich sytuacjach, tj. Józefem Piłsudskim. A tu niespodzianka, ulica nosi imię po zupełnie innym marszałku, którego rocznicę śmierci obchodzimy właśnie dziś. Franciszek Bieliński herbu Junosza, bo o nim mowa, zmarł 8 października 1766 i przynajmniej przez mieszkańców Warszawy kojarzony był nie najgorzej. Od 1742 roku bowiem zasiadał w Komisji Brukowej, przewodnicząc jej pracom, i doprowadził do wybrukowania 222 ulic w mieście, porządkując przy tym również inne sprawy, takie jak chociażby zapewnienie bezpieczeństwa rezydencjom królewskim. Brukowanie ulic, choć wydaje nam się dziś oczywiste, wcale takie 250 lat temu nie było; drogi miały zwykle nawierzchnię ziemną lub były wyłożone kostką drewnianą, co przy ówczesnych środkach transportu powodowało ich szybkie niszczenie. Kolejną pamiątką po marszałku Bielińskim jest układ ulic obecnego śródmieścia Warszawy. Na południe od Ogrodu Saskiego nabył ziemię i założył jurydykę Bielino, z rynkiem w miejscu obecnego pl. Dąbrowskiego, z siecią dróg wychodzących z tegoż rynku (np. Rysia, Szkolna, Jasna, Próżna) oraz z główną drogą w niedalekiej odległości (obecną Marszałkowską właśnie). To ta ulica, wraz z odchodzącymi od niej drogami narolnymi, dała początek istniejącemu do dziś układowi urbanistycznemu tej części Śródmieścia. Na zdjęciu portret Franciszka Bielińskiego, z epoki.

Pośród wielu rocznic, które dzisiaj możemy obchodzić, na dziś również przypada sto trzecia rocznica otwarcia Domu Sierot. Czemu instytucja ta jest tak ważna, że warto o niej wspomnieć? Głównie dzięki osobie jednego ze współzałożycieli - Janusza Korczaka, a właściwie Henryka Goldszmita. Korczak, razem ze Stefanią Wilczyńską, z ramienia towarzystwa "Pomocy dla Sierot", w 1906 rozpoczęli tworzenie domu dziecka. Budowa siedziby, która powstać miała według specjalnych wytycznych Korczaka, sprzyjających jego niekiedy rewolucyjnym metodom wychowania, rozpoczęła się w czerwcu 1911. Niewiele ponad rok później, do budynku przy Krochmalnej wprowadziło się pierwsze 85 dzieci. I chociaż jednym z życzeń Korczaka przy okazji projektowania tego budynku było utworzenie pokoi dla dzieci, nie ogromnych sal sypialnych, w których miejsce dla siebie zajdowało kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt osób, w domu przy Krochmalnej 92 nigdy intymne pokoje nie zostały utworzone. W czasie wojny, pierwotny budynek został uszkodzony - zburzono strych, na którym przez lata mieścił się pokój Korczaka. Nigdy później nie został odbudowany. Budynek ten stoi przy tej części Krochmalnej, która we współczesnej Warszawie nosi adres Jaktorowska 6. Jednak podczas wojny Dom Sierot w tym miejscu nie pozostawał bardzo długo. Już w momencie utworzenia getta, w 1940 roku, konieczne były pierwsze przenosiny. Początkowo na sąsiednią ulicę Chłodną, następnie na Sienną. I to stamtąd, w sierpniu 1942 roku wszyscy pracownicy i wychowankowie na rozkaz Niemców ruszyli na Umschlagplatz. Na ilustracji z wikimedia.org Dom Sierot ok. 1935 roku.

Niedawno na naszej stronie wspominaliśmy giganta przedwojennej polskiej piosenki. Jego zdjęcie stanowi również ilustrację do wydarzenia wspominanego przez nas dzisiaj, a w które był także zaangażowany. 5 października 1938 roku, czyli 77 lat temu z dachu Prudentialu przy ówczesnym Pl. Napoleona wyemitowany został pierwszy program telewizyjny. Zawierał on występ Mieczysława Fogga oraz film „Barbara Radziwiłłówna” w reżyserii Józefa Lejtesa. Była to emisja testowa, a sygnał telewizyjny docierał w promieniu 20 km od nadajnika. Na dwóch ostatnich piętrach Prudentialu oraz w jego piwnicy umieszczono studio telewizyjne oraz aparaturę. W Warszawie rozmieszczono kilka telewizorów celem sprawdzenia jakości odbioru i powodzenia eksperymentu. Pierwszy polski program w telewizji oglądali zapewne sami inżynierowie pracujący przy eksperymencie. W Warszawie nie było bowiem wówczas zapewne żadnych prywatnych telewizorów. Był to bowiem towar więcej niż luksusowy, gdyż cena odbiornika firmy Telefunken wynosiła 5000 przedwojennych złotych, czyli pięciomiesięczną pensję generalską. Przyjmując w dużym uproszczeniu, iż złotówka przedwojenna to obecne 10 zł, za telewizor musielibyśmy zapłacić, bagatela, 50 000 obecnych złotych. Warto przy tej okazji wspomnieć, że polscy inżynierowi byli wówczas w absolutnej czołówce, jeśli chodzi o technologię telewizji. Początkowo prace były prowadzone w kilku miastach: Warszawie, Katowicach, Lwowie, a nawet Krakowie. W 1929 r. inż. Stefan Manczarski zaprezentował na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu skonstuowany przez siebie telewizor. Prace od 1934 r. koordynował Państwowy Instytut Telekomunikacyjny złożony w Warszawie przez prof. Janusza Groszkowskiego, gdzie za Dział Telewizji odpowiadał Lesław Kedzierski. Również Polskie Radio prowadziło badania nad telewizją, a pracami kierował Władysław Cetner. Te wszystkie wysiłki zaowocowały pierwszą emisją programu telewizyjnego. Dokonano tego za

2 października 1940 r. jest jedną z najciemniejszych dat historii Warszawy. 75 lat temu szef dystryktu warszawskiego Ludwik Fischer podpisał zarządzenie o utworzeniu getta warszawskiego. Do publicznej wiadomości podano treść zarządzenia dopiero 18 listopada 1940 r. Chociaż pierwsze planu stworzenia getta w Warszawie pojawiły się tuż po jej zdobyciu w 1939 r., to dopiero po roku okupant podjął skuteczne działania w tym zakresie. Granica zamkniętej dzielnicy żydowskiej przebiegała ulicami: Wielką, Bagnem, placem Grzybowskim, Rynkową, Zimną, Elektoralną, placem Bankowym, Tłomackiem, Przejazdem, Nalewkami, granicą Ogrodu Krasińskich, Świętojerską, Fretą, Sapieżyńską, Konwiktorską, Stawkami, Dziką, Okopową, Towarową, Srebrną i Złotą. Z getta wyłączono m.in. Sądy Grodzkie na Lesznie, więzienie Pawiak, obszar tzw. enklawy ewangelickiej z kościołem i Szpitalem Ewangelickim oraz nieruchomości należące do browaru Haberbusch i Schiele przy ulicy Ceglanej. Mury getta były wznoszone już do przełomu wiosny i lata 1940 roku. Co to oznaczało praktycznie dla warszawiaków? Po pierwsze olbrzymią migrację w ramach miasta. Na przestrzeni miesiąca Żydzi musieli przenieść się na teren getta, zaś ludność nieżydowska na teren "aryjski". W sumie to wymuszona migracja objęła ok. ćwierć miliona ludzi. Bardzo często sprzedający swoje mieszkania Żydzi otrzymywali niskie, wręcz symboliczne ceny. Władze niemieckie oficjalnie podawały, iż jest to teren objęty kwarantanną z uwagi na epidemię tyfusu plamistego. Przejście na drugą stronę muru bez wymaganego zezwolenia groziło śmiercią. W warszawskim getcie stłoczono początkowo ok. 400 000 ludzi. Przy powierzchni ok. 3 km2 dawało to olbrzymią gestość zaludnienia ok. 130 000 ludzi na km2. Dla porównania obecnie gęstość zaludnienia w Warszawie jest prawie 40 razy mniejsza. Oznaczało to

Obecnie nie uświadczy się gazety, a szczególnie tygodnika, w której tekst stanowi większość. Fotografie, reprodukcje, rysunki są czymś typowym dla prasy i bez nich nie ma mowy o sukcesie. Ot, świat zdominowały obrazy. Jednak nie zawsze tak było. Nie mamy zamiaru dzisiejszym wpisem wracać do czasów, kiedy gazeta była głównie zamieszczonym w niej tekstem. Pragniemy za to przypomnieć dzień, dokładnie sprzed stu pięćdziesięciu sześciu lat, kiedy to ukazał się pierwszy tygodnik nastawiony tak bardzo na materiał wizualny, że aż zawarł tę informację w tytule. Dokładnie 1 października 1859 roku ukazał się pierwszy numer Tygodnika Ilustrowanego, wydawanego później aż do 1939 roku. Popularność Tygodnik zyskał wielością publikowanych ilustracji, przygotowywanych do druku techniką drzeworytniczą w pracowni założonej przez wydawcę na potrzeby tegoż pisma. Na jego łamach ukazywały się reprodukcje obrazów takich klasyków polskiego malarstwa jak Matejko, Chełmoński czy Gierymski. Jednak tym co wpisało Tygodnik Ilustrowany na karty polskiej historii (chociażby literatury) są publikowane w niej odcinkowe powieści, dzisiaj znane wszystkim, którzy ukończyli szkołę średnią, takie jak "Ogniem i mieczem", "Nad Niemnem" czy "Faraon". Winieta pierwszego numeru pisma za histmag.org

Są takie portrety, które "przyklejają" się do przedstawianej osoby i niepodzielnie kształtują zbiorowe wyobrażenie o jej wizerunku. Nie inaczej jest w narodowej świadomości Polaków: wszyscy mamy w głowie wygląd Mickiewicza, Moniuszki czy Modrzejewskiej. Jednak zapewne nie zdajemy sobie sprawy, że autorem tych ikon jest jedna osoba; oczywiście warszawiak. 30 września 1830 roku urodził się w Warszawie Jan Mieczkowski, fotograf. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej, jednak wcześnie został sierotą. Pozbawiony majątku przez nieuczciwych krewnych, został uczniem Karola Szczodrowskiego, malarza i dagerotypisty. W wieku siedemnastu lat został wędrownym dagerotypistą, a po kilku latach otworzył przy Senatorskiej własny zakład. W 1856 roku przeniósł się do nowowybudowanego Hotelu Europejskiego. Najwyraźniej jednak przeinwestował, bo zbył atelier i znów został wędrownym fotografem. Powrócił do Warszawy w 1861 roku. Znów odnosił sukcesy, jego prace dostawały liczne nagrody, klienci dopisywali. Próbował też szczęścia w innych dziedzinach, od rolnictwa do wydawania prasy. W 1880 jednak padł ofiarą defraudacji, zbankrutował ponownie i wyjechał do Paryża. Epizod paryski przyniósł wiele cennych zdjęć, ale i kolejną porażkę w interesach. Nieuczciwy wspólnik i nieznajomość realiów doprowadzają Mieczkowskiego do kolejnego bankructwa i potajemnej ucieczki do Warszawy. Kolejne atelier, tym razem przy Miodowej, okazało się sukcesem. Gdy Mieczkowski umierał w 1889 roku był już człowiekiem zamożnym, a zakład przejął syn Jan. Mieczkowski został zapamiętany jako fotograf, który umiał przyciągnąć do swojego atelier największe sławy epoki i przekuć to na sukces (choć służący bardziej nieuczciwym partnerom niż jemu samemu) biznesowy. Jego prace świadczą też jednak o tym, że był przenikliwym portrecistą, potrafiącym wydobyć indywidualne cechy modela. Jego wielką pasją był

29 września Kościół zachodni, w szczególności katolicy, anglikanie i luteranie, obchodzi święto Archanioła Michała, jeden z ważniejszych dni w tradycyjnym kalendarzu liturgicznym. Dzień św. Michała kończył sezon prac na roli: kończono sianie oziminy i sprzątano pola. Gospodarze rozwiązywali umowy z pracownikami najemnymi, a stałej służbie obcinali racje żywieniowe. Płacono czynsze i niektóre podatki. Kurpie tego dnia przekazywali staroście należny królowi miód. Ewangelicy w niedzielę po św. Michale obchodzą zaś Dziękczynne Święto Żniw. Archanioł Michał był i jest patronem bardzo popularnym w każdej właściwie epoce. Patronował rytownikom, złotnikom, jubilerom, szlifierzom oraz - co najistotniejsze - żołnierzom. Jednak jako pogromca Szatana i znak zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią był uniwersalnym świętym, niosącym pociechę w trudnych sytuacjach. Nie może więc dziwić, że znajdziemy w Warszawie wiele śladów kultu Archanioła Michała, począwszy przynajmniej od początku XVIII w. Dużej klasy dziełem sztuki jest niewątpliwie ołtarz Archanioła Michała i Wszystkich Aniołów w Bazylice Św. Krzyża (na zdjęciu z albumu "Serce Miasta"). Trudny do atrybucji, będący dziełem artystów pomorskich (Johannes Söffrens?) i warszawskich (Jerzy Eleuter Szymonowicz- -Siemiginowski?), niesie bardzo ciekawą treść ikonograficzną. Na głównym obrazie archanioł pokonuje, na czele zastępów anielskich, Smoka-Szatana. Ten sam motyw powtórzony jest rzeźbiarsko w zwieńczeniu ołtarza. Obraz w drugiej kondygnacji przedstawia Anioła Stróża, opiekującego się dzieckiem. Tenże sam anioł pojawia się jako rzeźba w dolnej kondygnacji, wskazując prowadzonemu dziecku zwycięskiego archanioła. Dzieła dopełnia inny archanioł, Rafał, szczęśliwie, po niedawnych pracach konserwatorskich, przywrócony na właściwe miejsce. Imię Archanioła Michała nosi drewniany kościół w Grodzisku (dzielnica Białołęka), pochodzący z XVIII w., ale o historii sięgającej jeszcze XVI stulecia. Od

You don't have permission to register